Absolutyzm

"Chcę odzyskać inteligentny projekt. Chcę odzyskać inne, zawłaszczone słowa.
Odzyskajmy moralność. Przeprojektujmy ją, zamiast dowiadywać się co jest dobre, a co złe z księgi mającej trzy tysiące lat.
Religia zawłaszczyła moralność na tysiąclecia. Odzyskajmy ją i inteligentnie zaprojektujmy. Zamiast dyktatu księży i mułlów, raczej inteligentnie zaprojektujmy nasze życie.
Zaprojektujmy użycie daru przewidywania, którego nie mielibyśmy gdyby mózg ludzki nie wyewoluował.
Zdolność do projektowania to jedna z kluczowych cech naszego gatunku. Istotą projektowania we właściwym jego sensie jest rozważna dalekowzroczność. Tego ewolucja nie potrafi. I to wywołuje istotne nieporozumienia. Ludzie przywykli do tego, że dobór naturalny dał dobre projekty więc uważają, że ewolucja musi umieć sięgać w przyszłość. Na przykład przez podejmowanie działań ku ochronie zanikajacych gatunków.
To się nie zdarzy. To się nie może zdarzyć. Natura nie planuje na przyszłość. To mózg ludzki. Możemy przyglądać się historii, trendom i ekstrapolować je na przyszłość. Możemy przewidywać możliwe scenariusze zagłady naszego gatunku i podejmować kroki by jej zapobiec." - Richard Dawkins

(Polecam tym, którzy chcą zdobyć szeroką wiedzę z zakresu tego tematu i pobocznych aby również czytali materiały podlinkowane. Wyczerpują one temat całkowicie jak i rozprawiają sie z kłamami publicznie wam serwowanymi czy to przez rządy czy też kapłanów.)

Żyjemy w epoce ryb. W epoce oszustw; dotyczy to banków, rzadów, edukacji, religii, żywności, a nawet sportu. I nie chodzi tylko o to, że oszustwo jest niskie moralnie ale o to, że od ponad 18 wieków kantowanie i krótkowzroczność narobiły jedynie szkód.

Epoka ryb to degenerująca ludzkość epoka wiary i deprecjonowania tu i teraz na rzecz tam i póżniej.

Mógłbym zestawić to przez pryzmat perspektywy wieków od nastania chrześcijaństwa. I mamy tak oto niemal cały czas epoki Ryb jako istne ziemskie inferno poczynione ludzką intencją. Możemy już dziś spokojnie stwierdzić, iż owa opresyjna mentalność - z jaką Europejczycy podbili Amerykę - nie tyczy się jedynie ludzkiej epoki renesansu lecz kosmicznej epoki Ryb.

Podporządkowywanie sobie ludzi to zatem typowa mentalnośc idei Ryb "ja wierzę", a skoro ja wierzę to Ty musisz uwierzyć, a jak nie uwierzysz to zginiesz.

Wkraczając w kolejne milenium można było chcieć myśleć o eweolucji świadomości. Tak się nie stało. Nie chcę jednak tutaj mówić o ludzkości jako takiej. Opowiedziałem o tym w Sokratesie w trzech aktach (https://www.poganin.eu/antyteizm/sokrates-w-trzech-aktach)

 

Chcę dziś opowiedzieć o tym co otacza mnie bezpośrednio i o Państwie w jakim przyszło mi żyć. I o tym, że czas, który winien wymuszać na nas rozwój, który winien wskazywać nam błędy i pozwalać wyciągać wnioski nie sprzyja nam. Jest bez znaczenia, gdy trzyma nas najpotężniejsza kotwica jaką jest religia. 

 Dziś chcę opowiedzieć o Polsce 2020 roku czyli o absolutyżmie.

O Polsce po wyborach, w których wygrał katolicki kandydat, katolickiego rządu. I mam wrażenie, że gdyby nie Unia Europejska i fakt, że swiat jest dziś bardzo zglobalizowany, a ogniwa Państwowe zależne od siebie, nowy prezydent chciałby być jak jeden z ówczesnych królów Polski, Zygmunt Waza. Ultrakatolik podczas którego rządów, katolicyzm stał się jedynym dozwolonym wyznaniem w Polsce, a wszelcy inni byli przez katolików prześladowani i mordowani. Dziś już na starym kontynencie raczej nie przeszłoby wrócenie przez jeden z krajów do średniowiecza tym bardziej, że najsilniejsze gospodarczo kraje Unii, zostały przez kościół katolicki podczas średniowiecza skrzywdzone niewyobrażalnie. I pamiętają to.

Z powodu religijności Zygmunta Wazy i działań kościoła katolickiego Polska z mocarstwa o obszarze miliona kilometrów kwadratowych, stała się miejscem niesprzyjajacym wszystkim, którzy nie wyznawali terroru kościoła katolcikiego. Prześladowanie przez katolików prawoslawnych i wszelkich innych zaowocowało odwróceniem sie sojuszników, osłabieniem tym samym Polski więc w konsekwencji potopem Rosyjskim, rok póżniej Szwedzkim i powstaniem Chmielnickiego.

I Polska po czasie przestała istnieć z powodu szału wiary i braku tolerancji.

 

   Dziś wracamy do tego stanu. Historia lubi się powtarzać, a niemal 400 lat niczego nas nie nauczyło. Wciąż jesteśmy tym samym nietolerancyjnym, religijnym drapieżnikiem jakim byli poprzednicy i jakim był również twórca tego boga, morderca z pustynii, Mojżesz. (https://www.poganin.eu/antyteizm/degenerat)

I tak oto wyznajemy prawo tego właśnie prawodawcy, który ustanowił je ponad trzy tysiące lat temu. I uznajemy je w roku 2020. Przyjmujemy prawo i moralność bandyty z pustynii, który w ogniu widział boga, a który nie wiedział nawet o istnieniu kangura. I który był twórcą pierwszego holocaustu w dziejach i masowego niewolenia dzieci w celach gwaltów na nich. 

I to podobało się bogu.

 

Dziś jest 08 sierpnia 2020 roku gdy piszę ten artykuł. Jest noc po dniach, w których Ministrowie kraju jako echo kapłanów chrześcijańskich (to swoiste podziękowanie po wyborach dla koscioła) podają nam, że młodzi ludzie, którzy jedynie chcą tolerancji, są bandytami jacy chcą nas krzywdzić i niszczyć nasze mienie. Nie muszę chyba mówić, że nigdy nie zagrażały mi lesbijki i pedały. Nigdy nie stali pod sklepem chcąc mnie skroić, bądż napaść. Za to często musialem reagowac na agresję właśnie tych stanów kibolskich, naziolskich, nacjonalistycznych, brunatnych.

Nasyła się więc na nich Policję, która już dziś jest Policją religijną z dziwnymi symbolami nacjonalistów na mundurach. To swoiste gestapo.  Nie nasyła się tej Policji na agresywnych bydlaków maszerujacych z faszystowskimi hasłami i pod patronatem narodowym. Policja ta zatem ma konkretne zadanie; nie chronić obywatela lecz prześladować wrogów kościoła.

Tak więc na sierpień 2020 roku jeden z polityków głównego nurtu (korwin mikke) uwielbiamy również przez młodych, mówi z pełnym przekonaniem "natomiast chrześcijanie (i żydzi i islamiści) mają obowiązek domagać się kamieniowania homosiów"

I to w myśl Polskiego prawa nie jest zbrodnią, ale zbrodnia jest powieszenie flagi na pomniku. (hepeningi lgbt walczących o tolerancję)

Nie jest to ani osobobniony przypadek religijnej bezrozumności i zbrodni. Nie jest też to wyjątkowy w czasie przypadek.

W roku 2019 głośny był przypadek niejakiego Tomasza z Ikei, który chciał mordować homoseksualistów, gdyż tak głosi biblia.

Zostal zwolniony co potępił kościół katolicki oraz Polskie Ministerstwo Sprawiedliwości. Natomiast kierowniczka, która zwolniła go została postawiona w akt oskarżenia. Chyba nie trzeba nikomu wyjaśniać ze wszechmiar słuszenego powodu zwolnienia.

( https://www.poganin.eu/antyteizm/antyteizm)

 

Gdybyśmy chcieli zaniżać standardy - jakie zresztą Polska reprezentuje najniższe ze wszystkich Państw starego kontynentu- moglibyśmy ucieszyć się, że w Polsce jako Państwie w zasadzie rządzonym przez kaplanów religijnych nie jest najgorzej. 

Słusznie; nie jest. W afryce w myśl przepisu chrześcijaństwa i nakazu boga "nie pozwolisz żyć czarownicy" na dziś dzień prześladuje, torturuje i zabija się dzieci. Napędza to religijna bezrozumność. (https://www.poganin.eu/antyteizm/wypatrosz-dla-mnie-synka)

Również w Papui - Nowej Gwinei gdzie 95,6 procent mieszkańców to zdeklarowani chrześcijanie; katuje się i morduje osoby oskarżane o czary. Oczywiście w myśl dokładnie tego samego przepisu. Stoi za tym po prostu religia.

W roku 2020 ofiarą chrześcijan w Nowej Gwinei padły trzy kobiety. Chrześcijanie gorliwie wyznając zabobony i nienawiść swego boga do czarownic (które stwarza biblia) tortutowali je i przypalali ponieważ stwierdzili, że rzuciły na kogoś urok. I religia im na to pozwala.

 

Ale zacznijmy niejako od początku. Zacznijmy od dziś czyli miesiąc po wyborach. W kraju w którym religii w szkole jest trzy razy więcej niż fizyki, chemii i biologii. Można zatem zrozumieć skąd nasza bezrozumność i światopogląd wykreowany przez czlowieka od zabobonu.

Rusza więc terror jako wyraz wdzięczności dla terrorystycznej organizacji jaką jest kościół katolicki oraz jako dążenie do pozbycia się z narodu wszelkich odruchów wolnej myśli, innowierności, inności. To nic wyjatkowego; to cechuje religię i jej największego wykonawcę - kościół katolicki.

I ponieważ religia ani dyktatura nie tolerują innych więc prześladuje się wszystkich, którzy myślą bądż chcą inaczej.

Przewodnie hasło religii i zamiaru boga zdradza nam między innymi Izajasz w rozdziale 60  Bo naród i królestwo, które by ci nie służyły, wyginą, i poganie zostaną całkiem wygładzeni"

W tym miejscu należy dodać, że poganinem był każdy kto nie był żydem, a już w nowym testamencie kto nie był żydem i chrześcijaninem.  https://www.poganin.eu/antyteizm/poganin

 

Faszyści Polscy więc wychodzą na ulicę napędzani hasłami patriotyzmu i retoryką kościoła katolickiego, kipią nienawiścią do kolorowej flagi. I nie o flagę chodzi, nie o to kogo ona reprezentuje, chociaż zaciekłość z jaką te dorosłe bydlaki interesują się kto z kim śpi (i nikogo nie krzywdzi) jest podejrzana. Nie moja dupa, nie moja sprawa przecież.

Oczywiście katolika cechuje wskazywanie innym jak mają żyć bo to religijna bezrozumność za tym stoi. Katolik nie powie, nie śpię z osobą tej samej płci bo jestem katolikiem lecz mówi, TY nie możesz spać z kim chcesz bo JA jestem katolikiem; i to jest terroryzm.

W zasadzie wychodzi na to, że przeciętny homoseksualista nie interesuje się katolikami i ich łożkowymi zwyczajami. Za to przeciętny katolik bardzo interesuje się homoseksualistami i z pianą na ustach zagląda im do łożka. Można więc zapytać; kto jest większym zboczeńcem.

Nie jest również zaskakujące, że te agresywne bydlaki nie interesują się w ogóle gwałtem swego zwierzchnika moralnego czyli kapłana na dziecku. Jak i jego zamiłowaniem do chłopców. Bo za tym stoi religia. Za zbydlęceniem i bezrozumnością.

Im przeszkadza (jak i w ogóle katolikom oraz rządowi) flaga leżąca na pomniku ale nie przeszkadza im wcale ksiądz leżący na dziecku.

Dlatego też osobę, która położyła tą flagę ściga się jak bandytę wymuszającego haracze, a ksiedza, który zgwałcił dwie dziewczynki (którego zresztą bronili parafianie, krzycząc, że tylko bóg może go osądzić) wypuszcza sie do domu aby tam czekał na wyrok. Mimo, że  nie tylko na to nie zasługuje lecz stanowi to również zagrożenie dla innych dzieci.

Oczywiście jak przyjrzymy się motłochowi narodowemu na ulicach to zrozumiemy, że oni nie ważą faktów; ba, oni ich nie potrzebują. Oni potrzebują wroga. Raz jeszcze więc powtórzę; nie o flagę chodzi lecz o agresję najniższych stanów człowieka, który doznał już epoki oświecenia lecz jest motłochem z jaskini.

Takim kościół manipuluje najlepiej. Musi być głupi i prymitywny, taki który szuka sobie miejsca w przestrzeni więc daje mu się chory patriotyzm. Przynależność; narodową, nacjonalistyczną wywyższaną przez kościół katolicki jaki zawsze był wrogiem tego kraju i przyczynił się do każdego rozbioru Polski ale przecież te bydlaki tego nie zrozumieją. Nie bez powodu wybiera się najniższe stany mentalne i doktrynowo zakazuje się myśleć i poznawać; podważać. Metkując ich patriotyzmem jako czymś co ma ich wartościować.
Tyle, że patriotyzm to slogan aby tworzyć fanatyków dla ideałów. Dla ideałów czynionych przez władców i duchownych. Aby bezmyślnie szli bić się za nich. Równy religii. Nie trzeba żadnych haseł aby chcieć chronić dom. Wystarczy poczucie chronienia tego właśnie domu i bliskich. 
Chronienia, a nie atakowania nie zagrażających nam sąsiadów.

 

By ludzie stali się potworami jakimi są, wystarczy im powiedzieć, że mogą; i tą rolę wypełnia religia.
W dodatku zgodnie z zamysłem boskim czyli niepodważalnym. I tym stoi ludzka historia wypełniona zbrodniczością chrześcijan i kościoła katolickiego po brzegi.

To co widzimy dziś w Polsce to efekt działań kościoła katolickiego jako motoru napędowego prześladowań i nienawiści.
Widzimy tu również poparcie dla tej agresji działań rządu; wszak nikt nie staje im na drodze.

Zacietrzewienie i niekontrolowana wręcz nienawiść do kolorów, do symbolu ludzi, którzy nie robią z tego ideologii jak katolicy.
Ideologia lgbt nie istnieje. To wymysł i propaganda kościoła i prawicowego motłochu; kato faszyzmu.

Internet pełen jest tej urojonej nienawiści jaką niby oni tworzą; prawicowe media wprost piszą, że lgbt czci szatana; jakże widać tu wyraźną korelację tego kto za tym stoi. Szatan jest wymysłem kościoła katolickiego jak i ideologia lgbt.

Wszak nienawiść do homoseksualizmu pochodzi wprost ze starego testamentu, w którym to bóg kazał zabijać homoseksualistów.(https://www.poganin.eu/antyteizm/antyteizm) A postawy wobec homoseksualizmu dobrze ilustrują, czym jest moralność inspirowana wiarą religijną. Jesteśmy o krok od bycia Iranem.


Katolicy chętnie to wypełnią nie wiedząc już o tym, że bóg kazał zabijać krnąbrne dziecko, człowieka zbierajacego drewno w szabas, kobietę która nie okazala się dziewicą i wielu innych. Bydlaki; czy wasze żony były dziewicami gdy je posiedliście? Nie? To zabić zgodnie z wolą boga, którą wypełniacie prześladując lgbt.

Więc szczujnia katolicka mówi o tym, że to szatańska sekta, a katolik skoro uwierzył już w szatana to i uwierzy w to. Tyle, że szatan nie istnieje. Wasz bóg nie potrzebuje szatana. Sam przewyższa go złem bez porównania. W biblii wasz szatan zabił dziesięć osób. Bóg zaś ponad dwa miliony, czterysta tysięcy. 

To bóg jest główną przyczyną ludzkiej śmierci i ludzkiej niedoli.

 

W tym artykule wykorzystam obszerne wypracowanie kolegi po fachu, którym zrobiłem Prolog.

Nie widzę konieczności redagować autorskiego materiału na ten temat skoro on zrobił to bardzo obszernie.

Spójrzmy teraz na to przez nieco szerszy pryzmat posługując się pewnymi opracowaniami na szeroką skalę i starając się unikać tego czym sam się zajmuję czyli ukazywania religii z punktu widzenia aspektu moralnego. Również opuścimy sobie aspekt historyczny, który na religii nie pozostawia suchej nitki. (te kwestie zaczerpniecie z linków pobocznych bądż końcowych)

Materiałów o tym jest mnóstwo więc tutaj zawężę pole rażenia na religię ze względu na obszerność tekstu.

Wiecie, że nigdy nie toczono wojny w imię ateizmu, czyli braku wiary?

Powodem wojen bywała chciwość, polityka uprzedzenia etniczne i rasowe, nienawiść lub zemsta albo
przesiąknięta patriotyzmem wiara w przeznaczenie jakiejś nacji. Lepszego jeszcze pretekstu walczącym dostarczała często niewzruszona wiara w prawdziwość jednej, własnej religii wsparta do tego świętą księgą wprost potępiającą wszystkich heretyków i skazującą wyznawców innych religii na śmierć, a do tego gwarantującą żołnierzom Boga pewne miejsce w niebie męczenników. (Richard Dawkins)

Sam Harris dobrze to ujął:  Niebezpieczeństwo wiary religijnej bierze się stąd, że za jej sprawą skądinąd całkiem normalnym w innych warunkach ludziom zdarza się zakosztować owocu szaleństwa i uwierzyć, że to święty owoc. Kolejne pokolenia dzieci uczy się, że przekonania religijne nie muszą być uzasadniane w taki sam sposób, jak wszystkie inne przez nas żywione, to zaś sprawia, że całą naszą cywilizację nieustannie atakują tysiączne niedorzeczności. Nawet dziś jeszcze zabijamy się za sprawą ksiąg napisanych setki czy tysiące lat temu. Jak coś tak tragicznie absurdalnego mogło się zdarzyć? 

A czy ktoś kiedyś ruszył do boju w imię braku wiary?

Tymczasem co robi religia w drugim milenium. Znacie niemal z każdego filmu czy wystąpienia prezydenta USA frazę "boże błogosław amerykę". Tą samą frazę zastosowal w roku 2020 Polski Prezydent podczas drugiego zaprzysiężenia.

Przyjrzyjmy się zatem dlaczego plagiatujmy i ile lat jesteśmy za innymi świadomościowo. I jakie oni popelnili blędy.

Richard Dawkins pisał:

Stary Testament najsurowsze niemal kary przewidywał za bluźnierstwo. W niektórych krajach zasada ta obowiązuje do dziś. Artykuł 295-C pakistańskiego Kodeksu karnego orzeka za tę „zbrodnię" karę śmierci.

18 sierpnia 2001 roku wyrokiem sądu skazany został na śmierć za bluźnierstwo doktor Younis Shaikh, lekarz i wykładowca akademicki. Jego wina polegała na tym, że powiedział swoim studentom, iż Mahomet nie był muzułmaninem, zanim nie stworzył islamu, to zaś uczynił dopiero w wieku lat czterdziestu. Jedenastu studentów doniosło o zbrodni Shaikha władzom. Jednym z nich był Augustine Ashiq „Kingri" Masih, skazany w Fajsalabadzie w roku 2000. Masihowi, chrześcijaninowi, nie pozwolono poślubić jego ukochanej, była ona bowiem muzułmanką, a pakistańskie prawo (to samo w sobie niewiarogodne!)
zabrania wyznawczyniom islamu wychodzenia za mąż za wyznawców innych religii. W tej sytuacji Masih postanowił przejść na islam, ale oskarżono go, że czyni to „z przyziemnych powodów". Nie popełnił żadnego czynu, który ściągnąłby nań karę śmierci w jakimkolwiek kraju, którego prawodawstwo jest wolne od religijnej bigoterii.


W roku 2006 wyrok śmierci za konwersję na chrześcijaństwo usłyszał w Afganistanie Abdul Rahman. Czy ten człowiek kogoś zabił, skrzywdził, ukradł coś lub zniszczył? Nie! On tylko zmienił zdanie. Przyjął poglądy, które nie podobają się partii rządzącej w jego kraju. Pamiętajmy, że nie mówimy tu o Afganistanie talibów, lecz o „wyzwolonym" Afganistanie Hamida Karzaja, ustanowionym przez stworzoną przez Amerykanów koalicję.

Rahmanowi udało się ostatecznie uniknąć egzekucji, ale tylko na skutek wniosku o uznanie go za niepoczytalnego i dzięki bardzo silnym międzynarodowym naciskom. Abdul Rahman uzyskał później azyl polityczny we Włoszech; musiał wyjechać, gdyż bał się, że zostanie zamordowany przez jakichś fanatyków żądnych religijnej sprawiedliwości.

Jeden z artykułów konstytucji „wyzwolonego" Afganistanu wprost mówi o tym, że karą za apostazję jest śmierć. A przecież zmiana wyznania to nie krzywda wyrządzona jakiejkolwiek osobie lub rzeczy. To najczystszy przykład myślozbrodni, by znów posłużyć się terminologią Orwellowskiego 1984, ale islamskie prawo nakazuje karać ją „na gardle". I tak się rzeczywiście dzieje - 3 września 1992, jeśli ktoś potrzebuje przykładu, w Arabii Saudyjskiej odbyła się publiczna egzekucja (poprzez ścięcie głowy) Sadiqa Abdula Karima Malallaha, skazanego prawomocnym wyrokiem za apostazję i bluźnierstwo.


Ale nie popadajmy w samozadowolenie za sprawą naszych chrześcijańskich korzeni.

Jeszcze w roku 1922 Brytyjczyk John William Gott skazany został na dziewięć miesięcy ciężkich robót za bluźnierstwo (porównał Chrystusa do clowna). Aż trudno uwierzyć, ale bluźnierstwo nadal jest zbrodnią zgodnie z obowiązującym w Wielkiej Brytanii prawem precedensowym - jedna z chrześcijańskich wspólnot próbowała to nawet wykorzystać, domagając się (w roku 2005!) ukarania BBC za emisję programu Jerry Springer, the Opera.


W Stanach Zjednoczonych coraz większą karierę robi ostatnio określenie „amerykańscy talibowie", wystarczy zajrzeć do Google'a, by trafić na kilkanaście witryn odwołujących się do tego fenomenu. Można na nich znaleźć nader bogatą kolekcję cytatów z amerykańskich przywódców religijnych i prawicowych polityków -  w skali bigoterii, okrucieństwa i zwykłej ohydy wypowiedzi te niepokojąco przypominają słowa afgańskich talibów, ajatollaha Chomeiniego czy wahabickich duchownych z Arabii Saudyjskiej.

Szczególnie bogatym źródłem wyjątkowo paranoicznych cytatów jest witryna „The American Taliban", a wyróżnienie spośród w niej cytowanych należy się bez wątpienia niejakiej Ann Coulter, która stwierdziła: „Powinniśmy najechać ich kraj, wybić przywódców, a całą resztę nawrócić na chrześcijaństwo"

Jeślibyśmy mieli przyznawać nagrody w tej konkurencji, to należałoby też uwzględnić kandydaturę generała Williama G. Boykina („George Bush nie został wybrany przez większość amerykańskiego elektoratu, to Bóg powołał go na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych"), czy wreszcie sekretarza stanu w administracji Ronalda Reagana z jego słynną deklaracją polityki ekologicznej USA („Nie musimy już chronić środowiska. Drugie Przyjście jest blisko!").

Afgańscy i amerykańscy talibowie to dobra ilustracja tego, co dzieje się, kiedy ludzie dosłownie i poważnie traktują to, co mówią ich święte pisma. To również przerażająca ilustracja, czym byłby świat teokracji według Starego Testamentu.


RELIGIA I HOMOSEKSUALIZM; W rządzonym przez talibów Afganistanie za homoseksualizm groziła śmierć - osądzonego
grzebano żywcem pod zwałem kamieni, gustowna egzekucja, doprawdy. Sama „zbrodnia" tymczasem to przecież akt czysto prywatny, czyn dobrowolnie popełniany przez dwie w pełni świadome, dorosłe osoby, które nikogo nie krzywdzą. Karanie za coś takiego to czysty przejaw religijnego absolutyzmu.

Moja ojczyzna też nie ma powodów do dumy - w Wielkiej Brytanii homoseksualizm uznawany był za przestępstwo do roku 1967!

W 1954 matematyk Alan Turing uważany wspólnie z Johnem von Neumannem za ojca nauk komputerowych, popełnił samobójstwo po tym, jak oskarżono go o utrzymywanie stosunków homoseksualnych. Oczywiście Turing nie został pogrzebany pod zwalonym przez czołg murem. Oferowano mu wybór — dwa lata więzienia (łatwo sobie wyobrazić, co by go tam spotkało ze strony innych więźniów) albo kuracja hormonalna, czyli chemiczna kastracja, wskutek której jeszcze dodatkowo wyrosłyby mu piersi. Turing znalazł trzecie wyjście - jabłko z cyjankiem potasu.

A teraz kuriozum tej sytuacji. Kim był Turing.
Alan Turing był mózgiem grupy, która złamała Enigmę, szyfr stosowany przez Niemców w okresie II wojny światowej. To oznacza, że miał w zwycięstwie aliantów udział większy niż Eisenhower czy Churchill. Dzięki Turingowi i jego współpracownikom z Bletchley Park alianccy dowódcy znali w najdrobniejszych szczegółach hitlerowskie plany, nim jeszcze nazistowscy dowódcy zdążyli zacząć wprowadzać je w życie. Po wojnie, kiedy dokonania Turinga nie musiały już być „ściśle tajne", ten człowiek powinien otrzymać najwyższe odznaczenia i być czczony jako zbawca narodu. Zamiast tego, ów łagodny, jąkający się i nieco ekscentryczny geniusz został zniszczony, skazany za „zbrodnię", którą popełniał w ciszy własnego mieszkania, za coś, co nikogo nie mogło skrzywdzić. Tak to się dzieje, gdy motywowani religijną wiarą moraliści z namiętną pasją ścigają innych ludzi za uczynki (albo nawet myśli) najzupełniej prywatne i dyskretne.


Postawa amerykańskich talibów wobec homoseksualizmu jest klasycznym objawem ich religijnego absolutyzmu.

Posłuchajmy, co ma ten temat do powiedzenia wielebny Jerry Falwell, założyciel Uniwersytetu Wolności (Liberty University): „AIDS nie jest tylko karą, jaką Pan zesłał na homoseksualistów. Pan karze w ten sposób całe społeczeństwo za tolerowanie homoseksualizmu"

W Polsce taka demagogia jest codziennością na rok 2020. Niejaki redaktor katolicki Marcin Rola tak pisal o pożarach w Australii.

"najpierw w Australii zalegalizowano malżeństwa tej samej płci, potem aborcję i od tego czasu Asutralię trawią ogromne pożary, w których giną ludzie, zwierzęta i natura. Już raz taka sytuacja miala miejsce. Możemy o niej przeczytać w Starym Testamencie. Nie ma przypadków, są tylko znaki."

Czyli tak to widzi Pan człowiek, czyli religijny zjeb, który zaciera rączki gdy świat staje w płomieniach, miliony zwierząt spala się żywcem, ludzie również.
Pan człowiek jednak mlaskając utwierdza świat, że oto kara najwyższego za aborcję. Pan człowiek jest dumny, że jego bóg daje dowód na swoje istnienie; oczywiście od razu holocaustem ale taki to własnie bóg dokładnie takiego pana człowieka.
Niedaleko pada śmieć od śmietnika.

Trzeba być całkowitym zerem moralnym aby uważać, że odpowiedzialność za katastrofę w Australii ponosi gniew boga (notabene sadystycznego i skorego do czynienia ludziom i zwierzętom śmierci, a jednak tak wielbionego przez ludzi. Świadczy to tylko o ich moralności) zamiast zrozumieć i przyznać, że to człowiek ponosi za to odpowiedzialność.
Cóż za megalomania.

Chrześcijanin zawsze był mistrzem uciekania od odpowiedzialności. Wszak głowy kościoła nawet w zeszłym roku uradziły, że gwałty księży na dzieciach to nie jest ich odpowiedzialność lecz dzieło szatana.
Co złe więc to szatan, a co dobre to bóg, a człowiek za nic nie jest odpowiedzialny czyli najbardziej żenująca religia bo gwarantująca brak odpowiedzialności za zło, amoralność, podłość, prześladowania i sadyzmy wobec ludzi i zwierząt.
Za to nakładająca grzywny jako odkupienia za grzechy, które są wymysłem tej własnie religii i mogą być do zaakceptowania jedynie przez człowieka nie używającego prawidłowo rozumu.

Po drodze robią coś w strachu prze karą (piekłem) i kuszeni nagrodą czyli niebem. Nic swojego, nic własnego, żadnej myśli, uczuć, nic. Ludzkie zera. Jeśli robisz coś dla nagrody lub ze strachu przed karą to nie masz moralności.
Cytując więc to mentalne dno "nie ma przypadków, są tylko znaki" zgadzam się, że nie ma przypadków jeśli chodzi o ludzkie umysłowe inwalidztwo. Są tylko znaki, które nas w nim utwierdzają jak takie wypowiedzi.

Najgorsze w tej wypowiedzi jest to, że jest ona ze wszechmiar słuszna w ustach chrześcijanina. Jest to wypowiedź głęboko wierzącego człowieka będącego właściwym chrześcijaninem.
I ta wypowiedź wprost nam pokazuje, że ów człowiek mówi to w kontekście słusznej kary dla ludzi i zwierząt. Wszak przyjęli oni małżeństwa homoseksualne i aborcję.
I on naprawdę tak myśli i on naprawdę podaje to jako oczywistą wiadomość mającą nam pokazać, że należy bać się boga.

Ma rację, tego boga należy się bać ale tak naprawdę należy o nim po prostu zapomnieć i zostawić ten boski szrot w niebycie. Dlaczego? Dlatego, że uznaje on mordowanie hurtowe za dobry pomysł z powodu swoich urojeń.
Ludzie tacy jak twórca tego posta powinni być traktowani jako szerzący terroryzm gdyż religia zarówno chrześcijańska jest terroryzmem, a oni są terrorystami światopoglądowymi.

Historia nam również udowadnia, że nie tylko światopoglądowymi gdyż chrześcijanie dokonali największej ilości zbrodni w dziejach ludzkości.
Nie jest to zaskakujące; wyznając ideały gniewnego, mściwego, amoralnego, faszystowskiego boga można być tylko mściwym gównem, które kole w oczy każda wzniosłość, wolność i piękno. Chrześcijanin chce nad nim panować bądź zabić; chce posiąść. A jak posiądzie to pod karą tortur i śmierci zmusza do bycia chrześcijaninem.

Ludzie gloryfikujący istotę, która uznaje za doskonały pomysł wyrżnięcie całej populacji kobiet medianickich gdyż one rozkochały izraelitów, bądź która każe prowadzić twojego syna na ołtarz i go wypatroszyć są zagrożeniem społecznym
Każdy kto uważa to za słuszne powinien być zdiagnozowany lub wysłany do więzienia.

   Rok 2020 dał też chrześcijanom kolejny pretekst do boskiej interwencji. O dziwo, żadne nieszczęścia nim nie są. Za to nieszczęścia już zaistniałe okazują się według piewców religii, że są właśnie boską ingerencją. Cierpimy bo pan bóg się zbudził ze snu, który przeszkadza mu uporać się z chorobami, złem, ponad ośmioma tysiącami umierającymi każdej doby dzieci z powodu głodu, niedostatku, prześladowania, etc.

Więc mamy piewców tej religii którzy w roku 2020 powtarzają, że koronowirus to kara boska za grzechy, między innymi homoseksualizm. W Polsce mówił tak między innymi niejaki biskup Paweł Cieślik. W lipcu 2020 roku ten jegomość zakażony został koronawirusem.

Tu pojawia się pewien inny problem.

Aby rozszerzyć - chociaż w moich materiałach te akurat kwestie są opisane dokładniej i większosć z nich jeszcze przed opublikowaniem książki przez Dawkinsa - to aby wykazać zbieżność ludzi krytycznych i myślących posłużę się poniżej całkowicie treścią Richarda Dawkinsa. Co do moich opracowań proszę sprawdzić odnośniki na końcu artykułu bądż otwierać na bieżąco podawane w treści) 

Richard Dawkins; Zacznijmy od Księgi Rodzaju z tak lubianą historią Noego - w rzeczywistości przeróbką babilońskiego mitu o potopie, który pojawia się zresztą w wielu innych kulturach.

Bogu przestali się podobać ludzie, więc (za wyjątkiem jednej rodziny) potopił wszystkich, a przypadkowymi ofiarami jego urazy stały się (raczej niewinne) zwierzęta.

Już słyszę protest poirytowanych teologów - przecież nie wolno Księgi Rodzaju traktować dosłownie! Ale właśnie o to mi chodzi. Sami wybieramy sobie i decydujemy, w który kawałek Biblii wierzyć, a który uznawać tylko za symbol bądź alegorię.

Te wybory i decyzje to osobista decyzja, podobnie jak osobistą decyzją ateisty jest, jakim nakazem moralnym - niemającym „absolutnego" umocowania - ma się kierować. Jeśli jedno jest „moralnością na wyczucie", drugie też!

W każdym razie mimo dobrych intencji wielu wyrafinowanych teologów przerażająco duża liczba ludzi odczytuje Pismo - w tym mit o Noem - dosłownie.

Sondaże Gallupa wskazują, że czyni tak niemal dokładnie połowa Amerykanów (i nie tylko. Również w Azji tamtejsi fundamentaliści myślą podobnie i, na przykład, tragiczne tsunami z 2004 roku uznali oni nie za skutek przesuwania się płyt tektonicznych, lecz za karę za grzechy, od picia i tańczenia w barach po łamanie jakichś bzdurnych reguł dotyczących świętowania dnia świętego).

Trudno zresztą mieć pretensje do kogoś, kto całą wiedzę o świecie czerpie z opowieści o Noem i poza Biblią nie zna innego źródła wiedzy. Taka edukacja sprawia, że wszelkie naturalne katastrofy wiązane są z zachowaniem ludzi, traktowane są jako „kara za grzechy", nie zaś problem ruchów tektonicznych.

Tak przy okazji - czyż to nie przejaw krańcowego egocentryzmu, wierzyć, że zdarzenia tej skali, co trzęsienia ziemi, skali, w której tylko Bóg (lub płyty tektoniczne) może operować, koniecznie muszą mieć związek z człowiekiem.

Czemuż to jakakolwiek boska istota, która na swej głowie ma całe stworzenie i wieczność w dodatku, miałaby się przejmować jakimiś nędznymi grzeszkami? Dlaczego wciąż nasze ludzkie słabostki uznajemy za znaczące w kosmicznej skali?

W jednym z programów telewizyjnych zdarzyło mi się przeprowadzać wywiad z wielebnym Michaelem Brayem, znanym amerykańskim przeciwnikiem aborcji. Spytałem go wówczas, skąd się bierze u chrześcijańskich fundamentalistów taka obsesja na punkcie prywatnych preferencji seksualnych, choćby homoseksualizmu, który przecież poza bezpośrednio „zainteresowanymi" nikomu nie powinien wadzić.

Odpowiedź Braya odwoływała się do prawa do samoobrony. Stwierdził bowiem, że niewinni ludzie mogą się bronić przed tym, by nie stać się „przypadkowymi ofiarami", gdy Bóg zdecyduje się zesłać karę na jakieś miasto za to, że żyją w nim grzesznicy.

W roku 2005 przepiękny Nowy Orlean padł ofiarą huraganu. Gdy woda zalewała kolejne dzielnice miasta, wielebny Pat Robertson, jeden z najbardziej znanych amerykańskich teleewangelistów i były kandydat na prezydenta USA, oświadczył ponoć, że winę za tę tragedię ponosi... pewna mieszkająca w Nowym Orleanie aktorka komediowa homoseksualistka.

A można by pomyśleć, że wszechmocny Bóg potrafi nieco celniej trafiać w niepoprawnych grzeszników - czy na przykład ewentualny atak serca nie byłby rozsądniejszą karą niż zniszczenie całego miasta tylko dlatego, że w nim akurat przebywa jakaś bezczelna lesbijka.

(Gdyby nie to, że tacy właśnie ludzie mają we współczesnej Ameryce olbrzymią władzę i wielkie wpływy, można by Pata Robertsona uznać za nieszkodliwego komedianta.)

Kiedy doszło do zniszczenia Sodomy i Gomory, odpowiednikiem Noego stał się siostrzeniec Abrahama Lot. Bóg zdecydował się oszczędzić Lota i całą jego rodzinę, uznawszy go za człowieka wielkiej prawości. Wysłał więc Jahwe do Sodomy dwa anioły (pod postacią „mężów"), którym polecił ostrzec Lota przed deszczem siarki, jaki wkrótce spadnie na miasto.

Lot ugościł anioły pod własnym dachem, ale wkrótce, dowiedziawszy się o tym, wokół jego domu zgromadzili się pozostali mieszkańcy miasta, żądając, by wydał im swoich gości: „wywołali Lota i rzekli do niego: Gdzie tu są ci ludzie, którzy przyszli do ciebie tego wieczoru? Wyprowadź ich do nas, abyśmy mogli z nimi poswawolić!" (Rdz 19,5) 108*. Odwaga, z jaką Lot starał się chronić swoich gości, wskazuje, że Bóg chyba wiedział, co robi, wskazując na niego jako na jedynego sprawiedliwego w całej Sodomie. Ale jego cnota okazuje się nieco skażona, gdy przyjrzymy się jej w kontekście argumentów użytych przy obronie gości: „[...] rzekł im: Bracia moi, proszę was, nie dopuszczajcie się tego występku! Mam dwie córki, które jeszcze nie żyły z mężczyzną, pozwólcie, że je wyprowadzę do was; postąpicie z nimi, jak się wam podoba, bylebyście tym ludziom niczego nie czynili, bo przecież są oni pod moim dachem!" (Rdz 19,7-8).

(proponuję dokładniej przyjrzeć się tym wydarzeniom w moich atykułach

-https://www.poganin.eu/antyteizm/degenerat,

-https://www.poganin.eu/antyteizm/jahwe-czyli-niedorzeczne-zlo)

Jakakolwiek miałaby być wymowa tej dziwnej opowieści, jedno jest jasne — rola kobiet w tej głęboko religijnej kulturze. W każdym razie Lotowa próba przehandlowania dziewictwa córek była zupełnie zbędna, jako że aniołowie sami poradzili sobie ze zbiegowiskiem, po prostu „porażając ślepotą" jego uczestników. Następnie uprzedzili swego gospodarza, by czym prędzej zebrał rodzinę i zwierzęta i opuścił miasto, bowiem za chwilę zostanie ono zniszczone. I tak wszyscy jego domownicy i przychówek ocalili życie, za wyjątkiem żony, którą Pan uznał za stosowne zamienić w słup soli, gdyż popełniła przestępstwo (drobne wykroczenie, ktoś mógłby pomyśleć) i mimo zakazu spojrzała się za siebie na płonące miasto.

Obie córki Lota pojawiają się jeszcze raz w biblijnej opowieści. Otóż po tym, jak matka została zamieniona w słup soli, dziewczęta zamieszkały z ojcem w jaskini w górach.

Spragnione męskiego towarzystwa, postanowiły pewnego dnia upić tatusia i odbyć z nim stosunek płciowy. Lot spił się tak, że nie zauważył, kiedy starsza córka wślizgnęła się do jego łoża, ani kiedy z niego wyszła, był jednak dość trzeźwy, by ją zapłodnić. Następnej nocy panienki ustaliły, że przyszła kolej na młodszą, i historia się powtórzyła, tyle że w innej obsadzie (Rdz 19,31-36).

Jeśli ta patologiczna rodzina była najlepszym, czym mogła pochwalić się Sodoma, to los, jaki spotkał to miasto z boskiego wyroku wydaje się nieco bardziej zrozumiały. Opowieść o Locie i sodomitach (w jednym przynajmniej aspekcie) zostaje niemal dokładnie powtórzona w Księdze Sędziów.

Nieznany z imienia lewita (kapłan zatem) wracał z żoną do domu i po drodze oboje zatrzymali się na nocleg u pewnego starca. Gdy starzec podejmował gości, jego dom otoczyli mieszkańcy miasta i, dobijając się do drzwi, zażądali, „Wyprowadź męża, który przekroczył próg twego domu, chcemy z nim obcować" (Sdz 19,22).

Usłyszeli wówczas odpowiedź, która stanowi niemal dokładne powtórzenie słów wypowiedzianych niegdyś przez Lota: „Nie, bracia moi, proszę was, nie czyńcie tego zła, albowiem człowiek ten wszedł do mego domu, nie popełniajcie tego bezeceństwa. Oto jest tu córka moja, dziewica, oraz jego żona, wyprowadzę je zaraz, obcujcie z nimi i róbcie, co wam się wyda słuszne, tylko mężowi temu nie czyńcie tego bezeceństwa" (Sdz 19,23-24). Wszak to mizoginizm w najczystszej postaci! Słowa „róbcie, co wam się wyda słuszne", brzmią w tym kontekście szczególnie przejmująco — bawcie się i gwałćcie sobie moją córkę i żonę kapłana, ale jemu samemu, jako memu gościowi, okażcie należny szacunek, przecież jest mężczyzną. Niestety—dla żony lewity „przygoda" zakończyła się znacznie gorzej niż dla córek Lota, mąż bowiem wydał ją na pastwę tłumu i Beniaminici przez całą noc dokonywali na niej zbiorowego gwałtu: „Puścili ją wolno dopiero wtedy, gdy wschodziła zorza.

Kobieta owa, wracając o świcie, upadła u drzwi owego męża, gdzie był jej pan, i pozostała tam aż do chwili, gdy poczęło dnieć" (Sdz 19,25-26).

Rano lewita znalazł żonę leżącą na progu i niedającą znaku życia. „Wstań, a pojedziemy" — rzekł do niej, szorstko i bezwzględnie, jak byśmy uznali dzisiaj. Kobieta nie odpowiedziała, „Usadowiwszy ją przeto na ośle, zabrał się ów człowiek i wracał do swego domu. Przybywszy do domu, wziął nóż, i zdjąwszy żonę swoją, rozciął ją wraz z kośćmi na dwanaście sztuk i rozesłał po wszystkich granicach izraelskich" (Sdz 19,28-29).

Tak - dosłownie. Proszę sprawdzić w oryginale, jeśli ktoś nie wierzy. (Może jednak w duchu miłosierdzia przypiszmy to ogólnej dziwaczności Biblii. Choć nie do końca: był w tym jakiś sens, a mianowicie zemsta. Plan zresztą się powiódł. Doszło do wojny przeciw plemieniu Beniamina, w której, co Księga Sędziów z lubością odnotowuje, wybito sześćdziesiąt tysięcy ludzi. A tak przy okazji — zastanawiające podobieństwo, przynajmniej we fragmentach, historii Lota i przypowieści o lewicie i Beniaminitach nasuwa pytanie, czy aby nie jest to efekt pomieszania rękopisów w którymś z dawnych skryptoriów; tak zresztą mogło się dziać z wieloma świętymi tekstami.)

Wujek Lota, Abraham, był „ojcem-założycielem" wszystkich trzech „wielkich" monoteistycznych religii. Ten niekwestionowany status patriarchy czyni zeń osobę ustępującą jedynie samemu Bogu, przynajmniej jeśli rozważamy potencjalne autorytety warte naśladowania.

Czy jednak współczesny moralista rzeczywiście odnalazłby w Abrahamie taki wzorzec?

W dość wczesnym okresie swego długiego życia przyszły patriarcha udał się wraz z żoną Sarą do Egiptu, by uciec przed klęską głodu. Na miejscu już zorientował się, że uroda Sary może ściągnąć na niego, jej męża, poważne niebezpieczeństwo, postanowił więc przedstawić ją jako swoją siostrę. W tej sytuacji Sara szybko trafiła do haremu faraona, Abraham zaś został faworytem władcy i opływał w luksusy. Bogu jednak to się nie spodobało i zesłał na faraona i jego domowników plagi (ciekawe, nawiasem mówiąc, czemu na faraona, a nie na Abrahama).

Całkiem zrozumiałe, że faraon najpierw zażądał wówczas wyjaśnienia, dlaczegóż to Abraham nie przyznał się, że Sara jest jego żoną, a później postanowił oboje wyrzucić z Egiptu (Rdz 12,18-19). Naszej parce ta maskarada najwyraźniej przypadła do gustu, próbowali bowiem powtórzyć tę samą sztuczkę z jeszcze jednym władcą, tym razem z Abimelekiem, królem Geraru. Jego również Abraham usiłował nakłonić do poślubienia Sary, znów udając, że jest ona jego siostrą (Rdz 20,2-5).

Gdy Abimelek poznał prawdę, był równie oburzony, jak wcześniej faraon, i oburzenie to wyraził w niemal identycznych słowach. Trudno zresztą nie współczuć obu panom (choć liczne podobieństwa nieco podważają wiarogodność tekstu). Takie niezbyt chwalebne epizody z dziejów Abrahama to oczywiście zupełne błahostki w porównaniu z najsłynniejszą historią z jego udziałem, czyli z poświęceniem Izaaka (Koran, święta księga islamu, zawiera analogiczną opowieść o poświęceniu syna przez Abrahama, tyle że tam mowa jest nie o Izaaku, a o drugim synu — Ismaelu).

Otóż Bóg kazał Abrahamowi uczynić całopalną ofiarę z długo oczekiwanego syna. Abraham zbudował więc ołtarz, zebrał drewno na odpowiedni stos i już był trzymał w ręce nóż, by odebrać synowi życie, gdy nagle, dosłownie w ostatniej chwili, objawił się anioł i oświadczył, że Pan Bóg tak naprawdę sobie żartował i wcale nie chce śmierci Izaaka, a chodziło tylko o „kuszenie" Abrahama i wypróbowanie siły jego wiary.

Z dzisiejszej perspektywy nie sposób, czytając tę ohydną historię, nie myśleć o traumie, jaką musiało przeżyć dziecko. Z punktu widzenia współczesnej moralności mamy tu casus jednoczesnego znęcania się nad dzieckiem i terroryzowania i chyba pierwszy w dziejach przykład zastosowania tzw. obrony norymberskiej „Ja tylko wykonywałem polecenia".

I coś takiego jest jednym z najważniejszych mitów założycielskich trzech wielkich religii!

W tym momencie już słyszę protest jakiegoś teologa - przecież opowieści o Abrahamie szykującym się do poświęcenia własnego syna nie możemy traktować dosłownie!

Odpowiadam dwojako. Po pierwsze nawet dziś jeszcze jest wielu ludzi, którzy całe Pismo traktują właśnie dosłownie, i tak się dzieje, że ci ludzie mają nad nami wielką władzę, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i w świecie islamu.

Po drugie zaś, jeśli opowieści tej nie mamy odczytywać dosłownie, to jak! Jako alegorię? Alegorię czego? Bo chyba niczego naprawdę cennego. Pouczenie moralne? Jakiż to morał można wyciągnąć z tej przerażającej historii?

Proszę też nie zapominać, czemu służą całe powyższe rozważania. Otóż chcę tu wykazać, że źródłem naszej moralności wcale nie jest Pismo. Nawet jeśli tak się nam wydaje, to w rzeczywistości zawsze wybieramy ze świętych ksiąg co lepsze kawałki i odrzucamy co paskudniejsze. Musimy zatem mieć jakieś niezależne kryterium, które pozwala nam decydować, jakie fragmenty wybrać - kryterium to, skądkolwiek by pochodziło, nie może, jak wykazałem, wywodzić się z samego Pisma, tak więc musi być dostępne dla wszystkich, wierzących czy nie.

Religijni apologeci próbują nawet w tej żałosnej historii Abrahama i Izaaka znaleźć dowód boskiej dobroci — czyż bowiem nie jest znakiem jego łaskawości, że jednak w ostatniej chwili oszczędził życie dziecka? Na wypadek (choć wydaje mi się to mało prawdopodobne), gdyby któryś z moich czytelników dał się przekonać taką wyjątkowo nieprzyzwoitą obroną, pozwolę sobie przypomnieć inną biblijną opowieść o ludzkiej ofierze, która tym razem już nie zakończyła się tak szczęśliwie.

W Księdze Sędziów w rozdziale 11 targu z Bogiem dobił Jefte, który przyrzekł Panu, że jeśli ten da mu pokonać Ammonitów, on ofiaruje tego „kto [pierwszy] wyjdzie od drzwi mego domu, gdy w pokoju będę wracał z pola walki" (Sdz 11,31). „Rozgromiwszy", jak mówi Pismo (to zresztą często używane w tej księdze określenie ), Ammonitów, Jefte „przyszedł do Mispa i zbliżył się do domu swego", gdzie, czemu trudno zresztą się dziwić, „córka jego wyszła na jego spotkanie z bębenkami i tańcami", i tak własna jedynaczka stała się pierwszą żywą istotą, którą władca ujrzał po powrocie.

Z rozpaczy podarł na sobie szaty, ale niewiele więcej mógł zrobić, gdyż Bóg najwyraźniej oczekiwał na spełnienie obiecanej ofiary - w tej sytuacji córeczka (całkiem miły gest z jej strony) zaakceptowała całopalenie, poprosiła tylko o odroczenie o dwa miesiące, chciała bowiem udać się w góry, by opłakać swoje dziewictwo.

Po upływie tego czasu posłusznie wróciła, a tatuś równie posłusznie ją upiekł. Tym razem Bóg postanowił nie interweniować.

Niewyobrażalna wściekłość starotestamentowego Boga, ilekroć ktoś z jego wybranego narodu próbował flirtować z jakimś obcym bogiem, kojarzy się za to wyłącznie z prymitywną zazdrością nie dość, że najgorszego typu, to jeszcze o wyraźnie seksualnym podłożu; w tym wypadku również współczesny etyk miałby spory kłopot ze wskazaniem wzorca do naśladowania.

Pokusa seksualnej niewierności jest zupełnie zrozumiała nawet dla tych, którzy nigdy jej nie ulegli -  to jeden z głównych motywów niemal całej literatury, od Szekspira po bulwarowe farsy.

Ale nieodparta najwyraźniej.

W angielskich przekładach Biblii wyrażone jest to bardziej wprost: „with a very great slaughter", czyli „dokonawszy wielkiej rzezi".

Bardziej jeszcze niż Abraham wzorcem moralnym dla wyznawców wszystkich trzech monoteistycznych religii może być Mojżesz, o ile bowiem ten pierwszy był najstarszym z patriarchów, to jeśli kogokolwiek uznać by można za oryginalnego twórcę doktryny judaistycznej (i jej pochodnych), to właśnie Mojżesza.

Historia ze złotym cielcem przydarzyła się, gdy Mojżesz na Górze Synaj właśnie łączył się Panem Bogiem i odbierał od niego boską ręką zapisane kamienne tablice. W tym czasie ludzie na dole (którzy nie mogli nawet zbliżyć się do góry z lęku przed spopieleniem) nie marnowali czasu: A gdy lud widział, że Mojżesz opóźniał swój powrót z góry, zebrał się przed Aaronem i powiedział do niego: Uczyń nam boga, który by szedł przed nami, bo nie wiemy, co się stało z Mojżeszem, tym mężem, który nas wyprowadził z ziemi egipskiej (Wj 32,1). Aaron namówił wszystkich, aby oddali całe złoto, jakie nosili na sobie, stopił je, sporządził złotego cielca i dla tego świeżo wynalezionego bóstwa natychmiast wybudował też wielki ołtarz, aby ludzie mogli złożyć mu ofiarę. No cóż, nie był to najrozsądniejszy pomysł, tak drwić sobie z Boga za plecami.

Może i był On właśnie na górze, ale przecież Pan jest wszechwiedzący i nic się przed nim nie ukryje. Toteż i nie marnował On czasu i natychmiast wysłał Mojżesza na dół jako egzekutora swojej woli. Zszedł zatem Mojżesz z gór, trzymając w rękach kamienne tablice z Dziesięcioma Przykazaniami, ale gdy ujrzał złotego cielca, tak go to rozgniewało, że potłukł boskie nakazy (na szczęście Bóg dał mu później kopię zapasową).

Potłukł też cielca na kawałki, spalił go i zmielił na proszek, który zmieszał z wodą, tę zaś kazał Izraelitom wypić. Później wezwał do siebie wszystkich mężczyzn z kapłańskiego rodu lewitów i nakazał im ująć w dłonie miecze i zabić tak wielu ludzi, jak się da. Trzy tysiące ludzi straciło w ten sposób życie, ale myliłby się ten, kto by uznał, że to dość, by ułagodzić boską zazdrość i dąsy.

Nie - Pan jeszcze nie skończył! Z ostatnich wersetów tego zaiste przerażającego rozdziału dowiadujemy się, że dodatkowo jeszcze „ukarał lud za to, że uczynił sobie złotego cielca, wykonanego pod kierunkiem Aarona" (Wj 32,33).

Księga Liczb na odmianę opowiada, co działo się po tym, jak Bóg podburzył Mojżesza do ataku na Madianitów. Izraelici poradzili sobie bez większych problemów i szybko wyrżnęli wszystkich mężczyzn i spalili madianickie miasta, oszczędzili jednak kobiety i dzieci. Samowolne miłosierdzie żołnierzy rozsierdziło wyraźnie Mojżesza, nakazał więc, by wymordować też chłopców i kobiety (niebędące dziewicami),

„Jedynie wszystkie dziewczęta, które jeszcze nie obcowały z mężczyzną, zostawicie dla siebie przy życiu" (Lb 31,18) - polecił.

Nie, chyba jednak Mojżesz nie jest właściwym wzorcem moralnym dla naszych czasów. Jeśli jakiś współczesny pisarz religijny masakrze Madianitów też przypisuje symboliczne czy alegoryczne znaczenie, to jest to bardzo opaczna alegoria. Przecież, co przyznaje sama Biblia, nieszczęśni Madianici stali się we własnym kraju ofiarą ludobójstwa.

Imię tego ludu przetrwało tylko w Piśmie i w jednym z nadal wykonywanych i popularnych od czasów wiktoriańskich religijnych hymnów (choć minęło już pięćdziesiąt lat, nadal pamiętam i słowa — zwłaszcza to wyrzynanie w imię krzyża — i ponurą melodię w tonacji molowej)

Christian, dost thou see them On the holy ground? How the troops of Midian Prowl and prowl around? Christian, up and smite them, Counting gain but loss; Smite them by the merit Of the holy cross.

(Chrześcijaninie, czy widzisz ich na ziemi świętej? Jak wojska Midian grasują i krążą po okolicy? Christianie, podnieś i uderz ich, Licząc zysk, ale stratę; Uderz ich zasługą świętego krzyża.)

   Cóż za pech dla nieszczęsnego wymordowanego narodu — pozostać w pamięci niemal wyłącznie jako symbol uniwersalnego zła w dziewiętnastowiecznym hymnie religijnym.

Wyjątkowo skutecznym kusicielem musiał być rywalizujący z Jahwem Baal.

W Księdze Liczb na przykład (znów w Rozdziale 25.), znajdujemy informację o tym, że wielu synów Izraela dało się skusić Moabitkom i zaczęli oddawać cześć Baalowi. Bóg zareagował z charakterystyczną dla siebie furią — „I rzekł Pan do Mojżesza: Zbierz wszystkich [winnych] przywódców ludu i powieś ich dla Pana wprost słońca, a wtedy odwróci się zapalczywość gniewu Pana od Izraela" (Lb 25,4).

Trudno zaakceptować tak drakońską karę za grzech flirtowania z obcym bogiem, zwłaszcza że — przynajmniej zgodnie z dzisiejszymi standardami moralnymi i poczuciem sprawiedliwości —jest to przewinienie wręcz śmieszne w porównaniu choćby z wydaniem własnej córki bandzie rozwydrzonych gwałcicieli.

A to tylko kolejny z licznych przykładów odejścia współczesnej (aż kusi, by powiedzieć „cywilizowanej") moralności od nakazów Pisma.

Tragifarsa maniakalnej zazdrości Jahwe o innych bogów przewija się przez dosłownie cały Stary Testament. To ona jest źródłem pierwszego z Dziesięciu Przykazań (tych z tablic, które Mojżesz połamał — Wj 20, Pwt 5), a silniej jeszcze przebija się przez (skądinąd nieco się różniące) „zapasowe" przykazania, którymi Bóg zastąpił później te ze zniszczonych oryginalnych tablic (Wj 34).

Właśnie pisząc drugie tablice, Bóg jasno określił, co jest naprawdę dla niego ważne. Przyobiecał wówczas Mojżeszowi, że wygna z ich własnej ziemi każdego „Amorytę, Kananejczyka, Chetytę, Peryzzytę, Chiwwitę i Jebusytę" (Wj 34,11) (cóż, mieli pecha), ale w zamian sformułował dość jednoznaczne żądania: Natomiast zburzcie ich ołtarze, skruszcie czczone przez nich stele i wyrąbcie aszery.

Nie będziesz oddawał pokłonu bogu obcemu, bo Pan ma na imię Zazdrosny: jest Bogiem zazdrosnym. Nie będziesz zawierał przymierzy z mieszkańcami tego kraju, aby, gdy będą uprawiać nierząd z bogami obcymi i składać ofiary bogom swoim, nie zaprosili cię do spożywania z ich ofiary. A także nie możesz brać ich córek za żony dla swych synów, aby one, uprawiając nierząd z obcymi bogami, nie przywiodły twoich synów do nierządu z bogami obcymi. Nie uczynisz sobie bogów ulanych z metalu (Wj 34,13-17).

No, dobrze — przecież doskonale wiem, że czasy się zmieniły i żaden współczesny religijny przywódca nie myśli jak Mojżesz (no, może poza talibami i ich odpowiednikami wśród chrześcijańskich fundamentalistów). Nie tylko to wiem — właśnie to chcę przekazać. Chcę przekonać wszystkich dotąd nieprzekonanych, że nasza współczesna moralność, skądkolwiek by pochodziła, na pewno nie wywodzi się z Biblii.

Apologeci religii twardo jednak utrzymują, że to właśnie wiara stanowi dla nich swego rodzaju wewnętrzny kompas, który pozwala odróżnić dobro od zła, ateiści zas takim kompasem nie dysponują, gdyż ten dar nie został im dany.

Tymczasem nawet ich ulubiona sztuczka (teza, jakoby wybrane fragmenty Pisma należało traktować symbolicznie, nie zaś dosłownie) jest w tym wypadku nieskuteczna — na podstawie jakich kryteriów bowiem człowiek miałby decydować, co jest alegorią, a co nią nie jest? Krwawa eskalacja etnicznych czystek rozpoczętych w czasach Mojżesza nastąpiła za Jozuego (księga Jozuego wyróżnia się zresztą w całym biblijnym tekście liczbą opisanych masakr i pełną ksenofobii satysfakcją, z jaką o nich opowiada).

Jest taka urocza, stara, religijna pieśń: „Joshua fit the battle of Jericho, and the walls came a-tumbling down [...] There's none like good old Joshua, at the battle of Jericho" (Jozue wyruszył na bitwę o Jerycho i mury miasta runęły [...] Nie ma to jak stary dobry Jozue i bitwa o Jerycho).

I rzeczywiście, stary dobry Jozue nie spoczął, póki jego on i jego ludzie nie „wyrżnęli do nogi ostrzem miecza wszystko, co było w mieście, mężczyzn i kobiety, młodych i starych, woły, owce i osły" (Joz 6,21; BW).

Tu znów teologowie zaprotestują — przecież to nigdy się nie zdarzyło! Oczywiście, w opowieści tej mowa również o tym, że mury Jerycha runęły od dźwięku trąb i okrzyków bojowych, więc coś takiego rzeczywiście nie mogło mieć miejsca. Tylko że nie o to nam chodzi!

Problem w tym, że Biblia — prawdziwa czy nie — ma być dla nas źródłem moralności. Tymczasem starotestamentowe dzieje zniszczenia Jerycha przez Jozuego, a i zresztą cała historia zajęcia Ziemi Obiecanej przez plemiona Izraela, moralnie nie różni się niczym od napaści Hitlera na Polskę czy masakr dokonanych przez Saddama Husseina na Kurdach i szyitach.

Biblię można traktować jako zajmujące i pełne swoistej poezji dzieło literackie, ale nie jest to raczej książka, jaką należy dawać własnemu dziecku, by nauczyło się z niej zasad moralnych. Tak przy okazji, niech nikomu, kto jeszcze o tym nie wie, nie wydaje się, że boski bohater biblijnych opowieści żywi jakiekolwiek skrupuły czy wątpliwości wobec masakr i ludobójstwa towarzyszącego zajmowaniu Ziemi Obiecanej. Przeciwnie, jego rozkazy są absolutnie precyzyjne.

Przede wszystkim Pan nakazał odmiennie traktować ludy zamieszkujące podbijane ziemie od tych, które żyły w sąsiedztwie. Te drugie mogły poddać się Izraelitom i tylko jeśli tego nie uczyniły, należało podbić je siłą, wyrżnąć wszystkich mężczyzn, a kobiety (i resztę inwentarza) przejąć na własność. To zalecenie można potraktować jako stosunkowo humanitarne, zwłaszcza wobec tego, co Pan nakazał uczynić z nieszczęśnikami, którzy mieli tego pecha, że zamieszkiwali samą Ziemię Obiecaną (Lebensraum, chciałoby się powiedzieć) — („Ale z miast narodów tych, które Pan, Bóg twój, podawa tobie w dziedzictwo, żadnej duszy żywić nie będziesz. Lecz do szczętu wytracisz je, Hetejczyka, Amorejczyka, Chananejczyka, i Ferezejczyka, Hewejczyka, i Jebuzejczyka, jakoć rozkazał Pan, Bóg twój"; 5 Moj 20,16-17; BG).

Czy ludzie, którzy Biblię uznają za ostateczną wyrocznię moralności, mają choć minimalne pojęcie, co tam naprawdę jest napisane?

Oto na przykład niepełny wykaz czynów, za które karać należy śmiercią (Księga Kapłańska, rozdział 20): złorzeczenie rodzicom, cudzołóstwo, homoseksualizm, obcowanie płciowe ze zwierzęciem (tu do kary dodano bezmyślną krzywdę — zwierzę również należy uśmiercić).

Oczywiście śmiercią należy też karać pracę w szabat, czyli dzień święty, ten nakaz ponawiany jest zresztą na okrągło przez cały Stary Testament.

W Księdze Liczb na przykład opisana jest historia człowieka, którego synowie Izraela nakryli, jak zbierał na pustkowiu drwa na opał w dzień szabatu. Schwytali go natychmiast i spytali Pana, co mają z nim uczynić. Tym razem, jak się okazało, Pan nie był w dobrym nastroju i półśrodki wydały mu się niewystarczające, gdyż „rzekł do Mojżesza: Człowiek ten musi umrzeć — cała społeczność ma go poza obozem ukamienować.

Wyprowadziło go więc całe zgromadzenie poza obóz i ukamienowało według rozkazu, jaki wydał Pan Mojżeszowi" (Lb 15,35-36). Czy ten zupełnie nieszkodliwy zbieracz drzewa nie miał dzieci i żony, które za nim rozpaczały? Czy nie trząsł się ze strachu, gdy tłum wywlókł go z wioski, i nie krzyczał z bólu, gdy dosięgną! go grad kamieni? Tym, co szokuje mnie w takich opowieściach, nie jest ich autentyzm. Prawdopodobnie nic takiego nigdy się nie wydarzyło. Naprawdę przerażające jest to, że do dziś ludzie układają swoje życie według zaleceń takiego potwora jak Jahwe, a co gorsza, cześć dla tego monstrum (nieważne, fikcyjnego czy realnego) próbują siłą wmuszać innym.

    A teraz przejdźmy do amerykańskich talibów i posłuchajmy Randalla Terry'ego, założyciela organizacji Operation Rescue [Operacja Ratunek], której celem jest zastraszanie ludzi zaangażowanych w przeprowadzanie aborcji: „Kiedy ja lub ludzie mi podobni jeździmy po tym kraju, lepiej kryjcie się, bo znajdziemy was, osądzimy i powiesimy. I nie rzucam słów na wiatr. Moją misją jest sprawić, by tacy jak wy zostali osądzeni i pozbawieni życia". 

 Terry mówił w tym momencie o lekarzach przeprowadzających zabieg przerywania ciąży, a swoją chrześcijańską inspirację jasno ukazał przy innej okazji: Niech zmyje was fala nietolerancji. Niech zmyje was fala nienawiści. Tak, nienawiść jest dobra [...] Naszym celem jest chrześcijański naród. Mamy biblijny obowiązek — Pan wezwał nas, byśmy podbili ten kraj. Nie chcemy równości. Nie chcemy pluralizmu. Nasza misja jest prosta — musimy w oparciu o prawo Boże, o Dziesięć Przykazań zbudować chrześcijański naród. Nie ma przebacz!


Zwracam uwagę na dzisiejszą retorykę Polskich fundamentalistów, jak między innymi wspomnianego wcześniej polityka. "natomiast chrześcijanie (i żydzi i islamiści) mają obowiązek domagać się kamieniowania homosiów".

W zasadzie podobną retorykę stosuje cały Polski rząd mówiąc wprost o tym, że tylko chrześcijanie są właściwymi Polakami i fundując nam na dokumentach tożsamości "bóg, honor, ojczyzna" oraz czyniąc ludzi z fundamentalnej, religijnej organizacji Ordo Luris rzecznikami w rządzie. Człowiek z ordo luris jest rzecznikiem sądu najwyższego, człowiek z ordo luris jest rzecznikiem praw dziecka. Jak i człowiek z ordo luris jest przewodniczącym komisji do spraw badania pedofilli kościelnej.

Ponadto treść konwencji tej organizacji wdrażana jest do gmin. Jak i prawnicy z tej organizacji wraz z Policją przesluchują studentów, którzy jedynie donieśli do Rektora uczelni na wykładowczynię jaka nawoływała do prześladowań z pobudek religijnych. Minister Sprawiedliwości przy tym zajmuje się ograniczeniem dzialalności organizacji pozarządowych oskarżając je o niejasne wpływy, podczas gdy widocznie nie przeszkadza mu Ordo Luris z finansowaniem z putinowskiej Rosji.

W zeszłym roku Ministerstwo Sprawiedliwości przekazało byłemu egzorcysty (egzorcyści powodują olbrzymie zaburzenia psychiczne u dzieci i są powodem tortur i mordów między innymi w afryce) 47 milionów złotych na jego przedsięwzięcie medialne, tak samo broniło człowieka chcącego zabijać homoseksualistów, wspomnianego już Tomasza z Ikei. Nie mówiąc już o przekazywaniu kolejnych pieniędzy rydzykowi.

Również finansuje rozgłosnię stowarzyszenia ultrakatolickiego "do rzeczy", która na zamówienie właśnie Ministerstwa Sprawiedliwości i z naszych więc pieniędzy prowadzi propagandę przeciw lgbt nazywając to; przeciwdzialanie przestępstwom dotyczącym naruszenia wolności sumienia popelnianym pod wpływem ideologii lgbt i stwierdza, że głownym celem projektu jest doprowadzenie do zmniejszenia, a docelowo do wyeliminowania z polskiej przestrzenii publicznej przypadku łamania praw sumienia ludzi wierzących, którzy cierpia pod wplywem presji nowych ideologii lewicowych.


Pora wiec założyć stowarzyszenie mające na celu "Przeciwdziałanie przestępstwom dotyczacym naruszenia wolności sumienia popełnianym pod wpływem ideologii chrześcijańskiej " głównym celem projektu będzie doprowadzenie do zmniejszenia, a docelowo do wyeliminowania z polskiej przestrzenii publicznej przypadku łamania praw sumienia ludzi niewierzących, którzy cierpia pod wplywem presji ideologii chrześcijańskiej.
Byłoby to nad wyraz uczciwe ale nie jest możliwe w tym kraju w którym religia wiedzie nadzwyczajny prym, a żeby go nie stracić zakazuje się o niej mówić tworząc konstrukt "obrazy uczuć religijnych

Wróćmy jeszcze do Dawkinsa gdyż opisywana przez niego rzeczywistość minionego USA jest nad wyraz zbieżna z Polskimi realiami dziś. I w zasadzie doskonale zbadał zależność religii ze współczesnymi społeczeństwami. I zagrożenia dnia dzisiejszego z niej płynące.

W przypadku aborcji; Konsekwencjonalista lub utylitarysta podchodzą do kwestii przerywania ciąży zupełnie inaczej.

Główny problem stanowi cierpienie. Czy embrion cierpi? (Najprawdopodobniej nie, o ile ciąża zostanie usunięta zanim u płodu zdąży się ukształtować system nerwowy; nawet zresztą jeśli płód jest już dość duży, by zalążki takiego systemu się wyłoniły, to płód cierpi znacznie mniej niż na przykład dorosła krowa zabijana w rzeźni.)

Czy kobieta lub jej rodzina będą cierpieć, jeśli nie dojdzie do aborcji? Wiele wskazuje, że tak, a w każdym razie, ponieważ płód nie posiada systemu nerwowego, czy nie powinniśmy wyboru pozostawić doskonale rozwiniętemu systemowi nerwowemu matki.

Tyle że religijni wrogowie aborcji nie przejmują się tego typu argumentacją. Dla nich sprawa jest o wiele prostsza — embrion to „dziecko", a zabijanie dzieci to morderstwo. Koniec. Kropka. Takie absolutystyczne nastawienie ma bardzo istotne konsekwencje.  Czyli metoda in vitro to mordowanie „nienarodzonych" i to na dwóch aż etapach, tymczasem od ponad dwudziestu pięciu lat jest to standardowa procedura medyczna, dzięki której tysiące bezdzietnych par mogło zaznać szczęścia rodzicielstwa — i jakoś „dziecko z probówki" przestało być problemem społecznym. Oczywiście nie dla wszystkich; religijni absolutyści nadal mają ten problem.

 Są też jednak takie religijne umysły, które nie widzą moralnej różnicy między „zabijaniem" mikroskopowej wielkości ugrupowania komórek a w pełni makroskopowego, dorosłego lekarza.

Cytowałem już wcześniej Randałla Terry z „Operation Rescue". Mark Juergensmeyer, w absolutnie przerażającej książce Terror in the Mind of God zamieszcza zdjęcia wielebnego Michaela Braya i jego przyjaciela, również wielebnego Paula Hilla, trzymających transparent z napisem: „Czy zbrodnią jest powstrzymywać mordowanie niewinnych dzieci?". Obaj wyglądają bardzo sympatycznie, trochę jak chłopcy z dobrego domu, schludnie ubrani i z ujmującym uśmiechem; absolutne przeciwieństwo szaleńców z przekrwionym wzrokiem. A jednak ci dwaj młodzi ludzie wraz z kolejnymi swoimi przyjaciółmi z Army of God (AOG — „Armia Boga") podpalali kliniki aborcyjne i nie ukrywali tego, że pragną też zabijać lekarzy. 29 lipca 1994 roku Paul Hill wziął strzelbę i przed kliniką w Pensacoli na Florydzie z zimną krwią zastrzelił doktora Johna Brittona i jego ochroniarza. Później sam oddał się w ręce policji, oświadczając, że zabił Brittona przed jego kliniką, by zapobiec kolejnym śmierciom „niewinnych dzieci".

Michael Bray elokwentnie i z wyraźnym poczuciem moralnej wyższości (i misji) broni takich działań, o czym miałem okazję osobiście się przekonać, przeprowadzając z nim wywiad (w publicznym parku w Colorado Springs) do mojego filmu dokumentalnego o religii. Zanim przeszliśmy do kwestii aborcji, postanowiłem zadać parę wstępnych pytań, by lepiej poznać ową biblijną moralność, jaką kieruje się mój rozmówca. Zacząłem od tego, że Biblia nakazuje karać cudzołożników śmiercią przez ukamienowanie. Sądziłem, że odetnie się od tego pomysłu, uznając, że to już jest przekroczenie granicy.
Tymczasem on z zadowoleniem przyznał, że istotnie, po zastosowaniu właściwych procedur prawnych, taka kara powinna być stosowana. Powiedziałem wówczas, że Paul Hill (przy jego pełnym poparciu) nie przeprowadzał żadnych „procedur", tylko wziął prawo we własne ręce i zastrzelił lekarza. Bray zaczął wtedy bronić swego współbrata dokładnie tak samo, jak bronił go w rozmowie z Juergensmeyerem. Oświadczył, że istnieje różnica między zabójstwem, które miałoby charakter kary (na przykład
niepraktykującego już lekarza), a zabiciem „czynnego" lekarza po to, by uniemożliwić mu dalsze „regularne mordowanie dzieci". Wtrąciłem w tym momencie, że—niezależnie od szczerości intencji Paula Hilla—społeczeństwo stoczyłoby się w stan tragicznej anarchii, gdyby każdy czuł się powołany do wymierzania samodzielnie sprawiedliwości, zamiast przestrzegać praw kraju, w którym żyje. Czy nie lepiej byłoby legalnie, w toku demokratycznych procedur, zmienić obowiązujące prawo — spytałem. I wtedy usłyszałem: „Cóż! Kłopot w tym, że prawo, które mamy, nie jest tak naprawdę autentycznym prawem. Kiedy prawo jest tworzone przez ludzi, którzy akurat przypadkiem znaleźli się w konkretnym miejscu, pod wpływem impulsu, tak jak to było z tym tak zwanym prawem aborcyjnym, to takie prawo jest po prostu narzucane ludziom przez sądy...".

Wtedy wywiązał się między nami drobny spór na temat amerykańskiej konstytucji i sposobów stanowienia prawa. Poglądy, które wyłuszczył Bray były bardzo zbliżone do tego, co mówią fanatyczni muzułmanie mieszkający w Wielkiej Brytanii. Oni też
oświadczają, że wiąże ich wyłącznie prawo islamu, a nie demokratycznie uchwalone prawa obowiązujące w ich przybranej ojczyźnie.

W roku 2003 Paul Hill został stracony za morderstwo. Przed egzekucją powiedział, że zrobiłby to samo jeszcze raz, a na konferencji prasowej — oświadczył: „Ten stan, odbierając mi życie, czyni mnie męczennikiem". Uśmiechał się przez całą drogę do komory, mówiąc przy tym: „W niebie czeka mnie wielka nagroda [...] Czeka mnie chwała". 

Cały ten koszmar wynika tymczasem z niewielkich różnic w percepcji. Są ludzie, którzy ze względu na przekonania religijne uważają, że przerywanie ciąży jest morderstwem i są gotowi nawet zabić w ochronie embrionów (nazywająje zresztą „dziećmi"). Po drugiej stronie mamy natomiast równie wewnętrznie uczciwych obrońców prawa do aborcji, którzy albo mają odmienne przekonania religijne, albo po prostu nie są religijni, a kierują się dobrze wyartykułowaną moralnością
konsekwencjonalistyczną.

 Rzecznik jednej z klinik aborcyjnych powiedział kiedyś, że Paul Hill jest niebezpiecznym psychopatą. Otóż nie — ludzie tacy jak Hill nie uważają się za niebezpiecznych psychopatów, uważają się za dobrych, moralnych ludzi, realizujących wolę bożą. Ja też nie myślę, by Hill był psychopatą. On był po prostu głęboko religijny. Niebezpieczny — tak, ale nie psychopata. Niebezpiecznie religijny. W świetle wiary Hilla zastrzelenie Brittena było czynem słusznym i moralnym. Problemem nie był Hill, tylko religia. Michael Bray, kiedy z nim rozmawiałem, też nie sprawił na mnie wrażenia psychopaty. W zasadzie całkiem go polubiłem, robił wrażenie człowieka uczciwego, szczerze wierzącego, w to, co robi, cichego i zadumanego. Niestety — jego umysłem zawładnęły trujące religijne nonsensy. 

Zdeklarowani przeciwnicy aborcji to niemal zawsze ludzie wierzący. Ci, którzy popierają prawo do przerywania ciąży, nawet jeśli sami są wierzący, kierują się niereligijną, konsekwencjonalistyczną moralnością; może zadają sobie Bentbamowskie pytanie: „Czy one cierpią?". Dla Paula Hilla czy Michaela Braya zabicie embrionu i zabicie lekarza różnią się tylko jednym — embrion jest dla nich niewinnym małym dzieciątkiem. Konsekwencjonalista patrzy na różnice w realnym świecie.

Embrion we wczesnych etapach rozwoju ma zaczątkową świadomość i wrażliwość mniej więcej na takim poziomie jak kijanka. Lekarz — nawet prowadzący klinikę aborcyjną — jest dorosłą świadomą istotą, obdarzoną nadziejami, miłością, aspiracjami, lękami i całkiem sporą ilością wiedzy. Pozostać zaś po nim może głęboki żal, zrozpaczona wdowa, osierocone dzieci, a może też starzejący się rodzice, którzy szaleli na punkcie swego syna...
Paul Hill skazał istoty z systemem nerwowym zdolnym do cierpienia na realne, głębokie i długotrwałe cierpienie. Jego ofiara — nie. Embrion we wczesnym etapie rozwoju nie ma wykształconego systemu nerwowego i nie cierpi. A jeżeli nawet przyjmiemy, że płód usunięty w późniejszych etapach ciąży (dysponujący już układem nerwowym) cierpi—wszak każde cierpienie jest godne ubolewania — to nie dlatego, że jest człowiekiem.

Nie ma żadnych ogólnych powodów by sądzić, że ludzki embrion może cierpieć bardziej niż embrion, dajmy na to, krowy lub owcy na tych samym etapie rozwoju. Są zaś wszelkie przesłanki, by uznać, że wszystkie embriony, ludzkie czy zwierzęce, cierpią znacznie mniej niż dorosła krowa albo owca zarzynana w rzeźni, zwłaszcza przy uboju rytualnym, kiedy to z powodów czysto religijnej natury — zwierzę musi być w pełni świadome, kiedy podrzyna mu się gardło, by wypłynęła cała krew.

Bardzo trudno zmierzyć cierpienie i długo można by dyskutować, jak można to zrobić. To jednak w niczym nie zmienia mojej podstawowej tezy — główna różnica między świeckim konsekwencjonalizmem a religijnie motywowaną absolutystyczną filozofią moralną polega na tym, iż ten pierwszy zajmuje się tym, czy embrion cierpi, drugi natomiast tym, czy embrion jest człowiekiem.

Religijni moraliści rozważają czasem pytanie: „Na którym etapie rozwoju embrion staje się osobą — istotą ludzką?"

Świecki moralista mógłby na to odpowiedzieć tak: „Nieważne, czy to człowiek {cóż zresztą miałoby to znaczyć w odniesieniu do kilkunastu komórek). Pytać należy, w którym momencie rozwijający się zarodek — obojętnie, jakiego gatunku — staje się zdolny do cierpienia".

WIELKIE BEETHOVENOWSKIE OSZUSTWO; W kolejnym etapie tej słownej przepychanki antyaborcjoniści zwykle zmieniają nieco formę argumentacji i — nie chcąc wnikać w to, czy embrion cierpi, czy nie — zaczynają mówić o potencjale.

Aborcja, mówią, odbiera embrionowi przyszłe, pełne ludzkie życie. W tym momencie pojawia się też często retoryczny argument, który uznać by można za skrajnie nieuczciwy, gdyby nie był aż tak jaskrawo głupi. To historyjką nazywana czasem Great Beethoven Fallacy, czyli Wielkie Beethovenowskie oszustwo.

Opowieść krąży w kilku wariantach. Wersję cytowaną poniżej zaczerpnąłem z książki Petera i Jean Medawar The Life Science. Tam przypisywana jest Normanowi St John Stevasowi

W Internecie roi się od różnych stron antyaborcjonistów („pro-life"), które powtarzają tę historyjkę, kompletnie już wszystko przekręcając, chyba żeby było jeszcze ohydniej. Oto jedna z wersji: „Gdybyś znał kobietę, która ma już ośmioro dzieci, z czego dwoje jest głuchych, dwoje ślepych, a jedno upośledzone umysłowo, przy czym owa kobieta jest chora na syfilis, to czy zalecałbyś aborcje, gdyby się okazało, że jest w ciąży? [...] Jeśli odpowiedziałeś «tak», właśnie zabiłeś Beethovena". W tym
wariancie wielki kompozytor z piątego z kolei dziecka staje się dziewiątym, liczba głuchych i ślepych dzieci wzrasta dwukrotnie, a syfilis przechodzi z ojca na matkę. Większość z czterdziestu trzech witryn, na które natrafiłem, szukając tej historii, jako jej autora podaje nie Maurice'a Baringa, ale niejakiego L.R. Agnew, profesora UCLA Medical School, który miał przedstawić ten dylemat swoim studentom, by po chwili z satysfakcją oświadczyć „Gratulacje, właśnie zabiliście Beethovena".

W każdym razie nie udało mi się ustalić, czy ówże Baring rzeczywiście sam wymyślił tę akurat legendę, czy też jest to wcześniejszy wynalazek. Tak — wynalazek. W całej historyjce nie ma ani słowa prawdy. Zacznijmy od tego, że Ludwig van Beethoven nie był ani czwartym, ani dziewiątym dzieckiem. Był najstarszy; dokładnie mówiąc, był drugim dzieckiem swoich rodziców, ale pierwsze zmarło wkrótce po urodzeniu, co w tamtych czasach zdarzało się bardzo często (nic też nie wiadomo, by było ślepe, głuche, nieme albo umysłowo upośledzone). Nie ma też żadnych dowodów na syfilis ojca. Matka istotnie cierpiała na gruźlicę, ale — znów — w tej epoce była to choroba bardzo powszechna. Mamy zatem klasyczną miejską legendę, choć w tym wypadku świadomie stworzoną i rozpowszechnianą przez ludzi, którzy mają w tym jakiś interes.

To, że jest to od początku do końca kłamstwo, w sumie nie ma żadnego znaczenia. Nawet gdyby nie było, samo wnioskowanie i tak nie trzyma się kupy. Peter i Jean Medawar nie musieli rozważać autentyczności opowieści, by wykazać kompletną absurdalność wniosku: „Całe rozumowanie, które ma ilustrować ta ohydna historyjka, jest wyjątkowo bezmyślne i błędne.

Jeśli bowiem nie przyjmiemy, że istnieje jakiś związek przyczynowy między gruźlicą matki i syfilisem ojca a muzycznym geniuszem syna, to koncepcja, że świat mógłby nie mieć Beethovena z powodu aborcji, jest równie sensowna, jak obwiniać
jego rodziców za to, że postanowili zachować wstrzemięźliwość płciową. Przecież wówczas Beethoven też by się nie urodził" Lakoniczny i pogardliwy komentarz Medawarów nie wymaga dalszych komentarzy, choć nie mogę się powstrzymać od przywołania w tym miejscu jednego z krótkich opowiadań Roalda Dahla — osią intrygi jest to, iż równie przypadkowa decyzja nieusunięcia pewnej ciąży w roku 1888 dała nam Adolfa Hitlera.

Jak się okazuje, niezbędne jest jakieś minimum inteligencji — albo może dystans lub brak religijnej edukacji — by to zrozumieć. Spośród czterdziestu trzech antyaborcyjnych witryn przytaczających którąś z wersji „Beethovenowskiego fałszerstwa" (tyle dokładnie znalazł Google w dniu, kiedy piszę te słowa) ani jedna nie zauważyła jego kompletnej nielogiczności. Wszystkie zaś co do jednej powtarzały rzecz całą z dobrą wiarą i jota w jotę (łączyło je również to, że bez
wyjątku były to witryny religijne).

Jedna podała nawet Medawara (co prawda błędnie, napisali Medawar) jako źródło. Ci ludzie tak bardzo pragnęli uwierzyć w tę zgodną z ich religią bajdę, że nawet nie zauważyli, iż Medawar przytaczają tylko po to, by suchej nitki na niej nie pozostawić.

Medawarowie mają absolutną rację — logicznym rozwinięciem argumentu „potencjalności" jest stwierdzenie, że „potencjalnie" odbieramy ludzkiej duszyczce szansę na życie za każdym razem gdy nie odbywamy — mogąc to uczynić — stosunku seksualnego. Każda rezygnacja z kopulacji z płodnym partnerem jest więc zgodnie z tą pokrętną „pro-life'ową" logiką równoznaczna z zamordowaniem potencjalnego dziecka. Ba!, nawet opór przed gwałtem w praktyce oznacza dokładnie to samo.

Nic dziwnego, że wielu antyaborcjonistów odmawia prawa do usunięcia ciąży również ofiarom gwałtu. „Dowód z Beethovena" to doprawdy bardzo kiepski argument. Jego surrealistyczną wręcz głupotę najlepiej chyba ilustruje wspaniała piosenka Every sperm is sacred z Sensu życia według Monthy Pythona (jeśli ktoś jeszcze nie widział, proszę koniecznie obejrzeć) — śpiewającemu ją Michaelowi Palinowi towarzyszy chór złożony z setek dzieci, do wtóru z nim podśpiewujących tytułowe „każda sperma jest święta".

Ta rzekoma historia narodzin Beethovena to typowy przykład logicznego bezładu, jaki wpuszczamy do własnych głów, gdy nasze umysły dają się otumanić religijnie inspirowanemu absolutyzmowi.


Przyjrzyjmy się na koniec, co znaczy owo „pro-life", jak lubią się opisywać przeciwnicy aborcji. Otóż oni nie są za każdym życiem, a tylko za ludzkim życiem. Nadają szczególny status komórkom należącym do przedstawicieli gatunku Homo sapiens, co w świetle ewolucji jest dość trudne do uzasadnienia. Oczywiście ta trudność nie ma żadnego znaczenia dla przeciwników przerywania ciąży, którzy po prostu nie potrafią pojąć tego, że ewolucja jest faktem.

Pozwolę sobie jednak nieco rozwinąć powyższe twierdzenie, a to na użytek tych antyaborcyjnych aktywistów, którzy nie są aż takimi naukowymi ignorantami.
Ewolucyjny punkt widzenia jest dość prosty — w żadnym wypadku człowieczeństwo komórek embrionu nie może być wywodzone z jego absolutnie wyjątkowego moralnego statusu. Nie może ze względu na ewolucyjną ciągłość między naszym gatunkiem a, powiedzmy, szympansami, jeśli zaś pójdziemy nieco dalej, to z wszystkimi gatunkami żyjącymi na naszej planecie.

Wyjaśnijmy — wyobraźmy sobie może, iż jakiś „gatunek pośredni", na przykład Australopithecus afarensis, cudem przeżył i natknęliśmy się na jego przedstawiciela gdzieś w afrykańskim interiorze. Czy tę istotę „zaliczymy do ludzi", czy nie? Dla kogoś, kto —jak ja —jest konsekwencjonalistą, pytanie to nawet nie zasługuje na odpowiedź. Nic by nam ona nie przyniosła. Nam zupełnie wystarczyłby zaszczyt i fascynacja poznania nowej „Lucy".

Absolutysta natomiast musi na nie odpowiedzieć, gdyż bez tego nie może zastosować swoich zasad moralnych, na mocy których ludziom przysługuje status szczególny, bowiem są ludźmi. W razie poważniejszych wątpliwości musiałby nawet powołać specjalne sądy, które — tak jak to się działo w Afryce Południowej za apartheidu — miałyby decydować, czy komuś należy się „przepustka do człowieczeństwa".

A nawet gdyby w przypadku australopiteka udało się wątpliwości rozwiać, to ciągłość jest immanentnie wpisana w ewolucję biologiczną i z całą pewnością istniał jakiś gatunek pośredni, który znalazłby się wystarczająco blisko owej „granicy", aby znów zamazać moralne pryncypia i zniszczyć ich absolutyzm.

 

JAK „UMIARKOWANA" WIARA NAPĘDZA FANATYZM

Mógłbym tu zacytować na przykład tych „natchnionych" chrześcijan, którzy swój wielki wpływ na bliskowschodnią politykę administracji amerykańskiej wykorzystują, forsując przekonanie, że Izrael ma dane przez Boga prawo do całej palestyńskiej ziemi. Niektórzy przedstawiciele tego nurtu idą jeszcze dalej i w zasadzie żądają wszczęcia wojny nuklearnej, interpretując ją jako znak Armageddonu, który zgodnie z ich dziwaczną (ale groźnie wręcz popularną) interpretacją Apokalipsy ma zapowiadać Drugie Przyjście.

Nie potrafię jednak wymyślić nic lepszego niż chłodny osąd Sama Harrisa z Letter to a Christian Nation:
Nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że gdyby pewnego dnia Nowy Jork stał się jaskrawą kulą ognia, znaczący
procent ludności tego kraju dostrzegłby i dobre strony w wyrastającym nad miastem atomowym grzybie. Przecież
można to uznać za znak, iż zbliża się najlepsza rzecz, jaka może się zdarzyć — powrót Chrystusa. Za banalne wręcz
należałoby uznać stwierdzenie, że takie wierzenia nie pomagają budować trwałej przyszłości dla nas wszystkich i to
w żadnej ze sfer: społecznej, gospodarczej, środowiskowej czy geopolitycznej. Proszę jednak wyobrazić sobie, jakie
mogłyby być konsekwencje, gdyby jakakolwiek część amerykańskiego rządu rzeczywiście uwierzyła, że świat się
kończy i że ten koniec będzie pełen chwały. Fakt, że wierzy w coś takiego blisko połowa Amerykanów — i to tylko
dlatego, że tak głosi religijny dogmat —jest moralnym i intelektualnym wyzwaniem oraz poważnym sygnałem
alarmowym.


Są zatem ludzie, których religijne przekonania prowadzą poza granice owego oświeconego „moralnego Zeitgeist" czyli ducha czasów. Reprezentują oni nurt, który określam mianem ciemnej strony absolutyzmu; często nazywa się ich ekstremistami. W tym podrozdziale chciałbym jednak wykazać, że religia nawet w formie łagodnej i umiarkowanej współtworzy klimat, w którym może ten ekstremizm rozwijać się — i rozkwitać.

W lipcu 2005 roku Londyn stał się ofiarą samobójczego zamachu bombowego, a raczej czterech łącznie zaplanowanych zamachów—trzy bomby wybuchły w metrze, jedna w autobusie.  Dlaczego ci miłośnicy krykieta zrobili coś takiego? Przecież w odróżnieniu od swoich pakistańskich czy japońskich (kamikadze) odpowiedników lub od Tamilskich Tygrysów chociażby nie mogli liczyć na to, że chwała ich czynu spłynie na osierocone rodziny, które żyć będą odtąd otoczone szacunkiem i w dobrobycie. Przeciwnie — część krewnych musiała nawet się ukrywać. Jeden z tych młodych mężczyzn — co jest haniebne — zostawił żonę w ciąży i raczkującego synka.

Czyn popełniony przez tych ludzi miał tragiczne konsekwencje nie tylko dla nich i dla ofiar zamachu, ale również dla ich rodzin i całej muzułmańskiej społeczności w Wielkiej Brytanii, która z dnia na dzień znalazła się pod bardzo ostrym obstrzałem opinii publicznej. Tylko religia jest dość potężna, by skłonić do takiego szaleństwa skądinąd psychicznie zdrowych i przyzwoitych ludzi. Tu znów ostrością i trafnością sądu trudno byłoby dorównać Samowi Harrisowi, gdy rozważał w swojej książce fenomen Osamy bin Ladena, przywódcy Al Kaidy (który, nawiasem mówiąc, nie miał nic wspólnego z londyńskimi zamachami). Dlaczego, zadał pytanie Harris, ktoś chciał zniszczyć bliźniacze wieże i wszystkich, którzy w tym momencie byli w budynkach? Nazwać bin Ladena „wcieleniem zła" to zdaniem autora Letter to a Christian Nation pusty unik, próba ucieczki od odpowiedzialności za znalezienie właściwej odpowiedzi. Przecież odpowiedź jest prosta. Zwłaszcza że sam bin Laden wielokrotnie, do znudzenia wręcz, sam ją artykułował. Wystarczy przyjąć, że ludzie tacy jak bin Laden naprawdę wierzą w to, w co mówią, że wierzą. Oni po prostu wierzą w prawdę słów Koranu. Dlaczego dziewiętnastu nieźle wykształconych przedstawicieli klasy średniej
zgodziło się zapłacić własnym życiem za przywilej zabicia tysięcy naszych bliźnich? Bo wierzyli, że pójdą za to wprost do raju!

Rzadko zdarza się, by można było podać tak satysfakcjonujące i wyczerpujące wyjaśnienie jakiegokolwiek ludzkiego zachowania. Dlaczego nie chcemy go przyjąć? Muriel Gray bardzo ceniona dziennikarka „Heralda" (tego z Glasgow), w bardzo podobnym tonie skomentowała londyńskie zamachy:
Wszędzie szukamy winnych — od (zaiste nikczemnego) duetu Bush-Blair po bierność muzułmańskiej „wspólnoty". A przecież nigdy dotąd nie było tak oczywiste, że sprawcy należy szukać w jednym tylko miejscu, i że zawsze tak było. Przyczyną całej tej tragedii, nieszczęścia, zamętu, przemocy, terroru i ignorancji jest sama religia. Jeśli zaś komuś wydaje się, że o takich oczywistościach nie ma po co mówić, to proszę spojrzeć, jak usilnie media i rząd starają się udawać, że nic takiego nie ma miejsca.

Politycy Zachodu starają się nie używać słowa na R (religia), a swą batalię opisują jako „wojnę z terrorem", zupełnie jakby terror był autonomiczną siłą, obdarzoną wolną wolą i umysłem. Mówią też, że motywacją terrorystów jest „czynienie zła". Nieprawda! Jakkolwiek błędnie możemy ich osądzać, to na pewno ich motywacją nie jest żadne „czyste zło". Ci ludzie, tak samo jak chrześcijańscy mordercy lekarzy usuwających ciąże, postępują zgodnie z własnym sumieniem, czynią to, co nakazuje im ich
religia. To nie są psychopaci! To idealiści, religijni idealiści, co więcej, w świetle własnych przekonań postępujący najzupełniej racjonalnie.

Uważają, że czynią dobrze, i to nie dlatego, że mają spaczoną osobowość albo że opętał ich diabeł. Tak po prostu zostali wychowani — od kołyski żyli z głęboką i niekwestionowaną wiarą.

Nam po prostu wciąż trudno zrozumieć — powtarzam, bowiem to bardzo ważne — że ci ludzie wierzą w to, w co mówią, że wierzą. A jeżeli tak, to winić należy religię, a nie jakiś religijny ekstremizm.

Ta perwersja to przecież pewna forma realnie istniejącej, powszechnie szanowanej religii! Wolter już stulecia temu napisał: „Ci, którzy zmuszają cię do uwierzenia w absurdy, mogą też zmusić cię do popełnienia nikczemności". 

Dopóty, dopóki akceptować będziemy zasadę, że przekonania religijne muszą być respektowane, są bowiem przekonaniami religijnymi, musimy pogodzić się z tym, że Osama bin Laden i wszyscy zamachowcy-samobójcy zasługują na szacunek!

Jedynym wyjściem — tak oczywistym, że nie trzeba chyba do niego zachęcać —jest odrzucenie założenia, że wiara „z automatu" zasługuje na szacunek. To dlatego właśnie od lat robię wszystko, co w mojej mocy, by ostrzec ludzi przed religią, a nie tylko przed tak zwanym religijnym ekstremizmem.

Myślę, że dzieje się tak za sprawą jej prostego i jakże zwodniczego przyrzeczenia, że życie nie kończy się ze śmiercią, a śmierć
męczeńska zasługuje na szczególną chwałę. Ale nie jest to jedyny powód — to że religia z natury zniechęca do zadawania pytań, również odgrywa ważną rolę.

Chrześcijaństwo tak samo jak islam uczy dzieci, że wiara bez wątpliwości jest cnotą —jeśli w coś wierzysz, nie musisz tego dowodzić. Kiedy człowiek stwierdza, że coś stanowi element jego przekonań religijnych, pozostali członkowie społeczeństwa (tego samego czy innego wyznania, bez różnicy) na mocy niepisanego prawa zobligowani są do „respektowania" jego przekonań; respektowania przynajmniej do czasu, póki ich manifestacją nie stanie się kolejna potworna masakra na skalę zamachów na World Trade Center, londyńskie metro czy madrycki dworzec.

Wtedy słyszymy gromki chór wypierających się rozmaitych duchownych i „przywódców społeczności" (a kto ich wybierał?), którzy zgodnie tłumaczą nam, iż to ekstremizm, błędy i wypaczenie „prawdziwej" wiary. Jak jednak możemy mówić o wypaczeniach —jeżeli nie istnieją obiektywne kryteria (a tak jest w wypadku religii), nie ma też wypaczeń.

Sookhdeo wyjaśnia, jak islamscy „uczeni w piśmie" radzą sobie z wieloma sprzecznościami, które odkryli w pismach proroka. Otóż wprowadzili oni zasadę „uchylenia" — teksty późniejsze niejako „anulują" wcześniejsze. Pech polega na tym, że „pokojowe" fragmenty Koranu w większości przynajmniej spisane zostały najdawniej, jeszcze wtedy, gdy Mahomet był w Mekce, najbardziej wojownicze zaś są znacznie późniejsze, powstały już po ucieczce do Medyny. W efekcie: Mantra „islam jest pokojem" jest od z górą tysiąca czterystu lat nieaktualna. Islam był „pokojem i tylko pokojem" przez niepełna trzynaście lat.

Dla współczesnych radykalnych muzułmanów — tak samo jak dla średniowiecznych jurystów, którzy stworzyli kanoniczny islam — bliższe prawdy jest stwierdzenie „islam jest wojną". Al-Ghurabaa, jedno z najbardziej radykalnych islamskich ugrupowań w Wielkiej Brytanii, tuż po zamachach w londyńskim metrze opublikowało następujące oświadczenie: „Każdy muzułmanin, który zaprzecza, że terror stanowi część islamu, jest kafirem". Kafir to niewierzący (czyli nie-muzułmanin).

To straszna obelga. Czy nie jest zatem tak, iż ci młodzi samobójcy nie wywodzili się wcale z obrzeży muzułmańskiej społeczności w Wielkiej Brytanii, że nie czerpali natchnienia z jakiejś ekscentrycznej czy ekstremistycznej wersji swojej religii? Może raczej byli dość typowymi przedstawicielami własnej społeczności i wyznawcami najzupełniej „mainstreamowego" islamu? 

Ogólnie mówiąc (czyli odnosząc się i do islamu, i do chrześcijaństwa) — to, co naprawdę jest groźne, to uczenie dzieci, że wiara sama w sobie jest cnotą. Wiara jest złem przez to i dokładnie przez to, że nie wymaga uzasadnienia i nie toleruje sprzeciwu. Uczenie dzieci, że wiara, której nie można podważyć, jest cnotą, czyni z nich (przy kilku dodatkowych składnikach, o które doprawdy nietrudno) potencjalną śmiertelną broń, narzędzie przyszłych dżihadów czy krucjat.

W historii wojskowości i uzbrojenia obok łuku, konia, czołgów i bomby kasetowej powinno się znaleźć zaszczytne miejsce dla fanatyków religijnych, uodpornionych na lęk obietnicą wiecznego życia w raju męczenników.

Gdyby dzieci uczono zadawania pytań i myślenia, miast wpajać im cnotę ślepej wiary, nie byłoby —gotów jestem pójść o zakład—żadnych zamachowców-samobójców. Tacy ludzie bowiem robią to, co robią, dlatego że naprawdę wierzą w to, czego nauczono ich podczas lekcji religii: iż posłuszeństwo wobec Boga jest najważniejsze i że za męczeńską śmierć na jego służbie otrzymają nagrodę w niebie.

Taką naukę zaś przekazali im nie żadni ekstremistyczni fanatycy, ale przyzwoici i pełni łagodności nauczyciele religii, którzy w swoich medresach usadzali dzieci w rządki i wtłaczali w małe, niewinne główki wers po wersie ze świętej księgi, a później tylko sprawdzali, czy dzieciaki potrafią każdą lekcję wiernie — niczym pomylone papugi — słowo po słowie powtórzyć.

Religia może być bardzo niebezpieczna, a największym złem, jakie czyni, jest wkradanie się w podatne umysły niewinnych dzieci. To właśnie dzieciństwu — i szkodom, jakie wyrządza mu wiara — poświęcony będzie kolejny rozdział.

W roku 1858 sześcioletni Edgardo Mortara, syn żydowskiego małżeństwa z Bolonii, został na rozkaz Inkwizycji, czyli zgodnie z prawem, porwany z własnego domu przez papieską policję. Chłopiec, siłą oderwany od zalewającej się łzami matki i szalejącego z rozpaczy ojca, przewieziony został do Domu Katechumenów w Rzymie (gdzie chrzczono w wierze katolickiej żydów i muzułmanów) i tu wychowany został w wyznaniu rzymskokatolickim. 

To, co przytrafiło się Edgardo, nie był niczym niezwykłym w ówczesnych Włoszech, a przyczyna uprowadzeń przez księży była zawsze taka sama. W każdym przypadku chodziło o dziecko, które wcześniej zostało w tajemnicy ochrzczone, zwykle przez katolicką niańkę — gdy Inkwizycja zdobyła taką wiedzę, reakcja była automatyczna. Jednym z elementów katolickiego systemu przekonań jest bowiem wiara, że dziecko raz ochrzczone — nawet nieformalnie i w tajemnicy — na zawsze już staje się chrześcijaninem, w mentalności tych ludzi zaś nie mieści się po prostu, by „chrześcijańskie dziecko" mogło pozostać z żydowskimi rodzicami. Tak dziwaczne i wstrętne zarazem poglądy Watykan wyznawał i bronił ich absolutnie otwarcie, mimo że przypadek Mortary spotkał się z bardzo ostrym potępieniem opinii publicznej. Głębokie oburzenie, jakie porwanie małego Edgarda wzbudziło na całym świecie, zostało przez katolicką gazetę „Civilta Cattolica" skomentowane jako skutek nacisków i potęgi bogatych Żydów; brzmi znajomo, nieprawdaż?

Silne nagłośnienie było chyba jedynym, co odróżniało historię bolońskiego chłopca od wielu podobnych. W jego wypadku wszystko zaczęło się od Anny Morisi. Tę niewykształconą czternastoletnią katoliczkę zatrudniono do opieki nad chłopcem. Pewnego razu dzieciak upadł i Anna przeraziła się, że stało mu się coś poważnego i może umrzeć. Sama wychowana w absurdalnym przekonaniu, że nieochrzczone dziecko skazane jest na wieczne potępienie, spanikowana pobiegła po radę do swoich katolickich sąsiadów i od nich usłyszała, że najlepiej będzie, jeśli natychmiast ochrzci malca. Wróciła do domu, zanurzyła rękę w wiadrze, nabrała trochę wody i skropiła głowę chłopczyka ze słowami: „Chrzczę cię w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego".

I to wystarczyło. Od tego momentu w świetle prawa Edgardo stał się chrześcijaninem, a gdy inkwizytorzy po latach dowiedzieli się o całym zdarzeniu, szybko, bez chwili wahania i śladu refleksji nad smutnymi konsekwencjami swej decyzji przystąpili do działania.
To w sumie dość dziwne, że — skoro mamy do czynienia z rytuałem o tak doniosłym znaczeniu — Kościół katolicki uznawał (i nadal uznaje) ważność chrztu dokonanego przez kogokolwiek na kimkolwiek. Udzielający chrztu wcale nie musi być księdzem; ani dziecko, ani jego rodzice, ani nikt wreszcie nie musi wyrazić zgody, nie ma żadnych dokumentów do podpisu; żadnych oficjalnych świadków. Wystarczy kilka kropel wody, kilka słów, bezradne dziecko i zabobonna nastolatka z katechetycznie wypranym mózgiem. W zasadzie wystarczy zresztą tylko to ostatnie — przecież dziecko jest za małe, żeby cokolwiek pamiętać, więc kto wie, co naprawdę się wydarzyło. Jedna z moich amerykańskich znajomych, wychowana w katolickim domu, tak wspominała niedawno w przysłanym do mnie liście: „Wszystkie chrzciłyśmy nasze lalki. Nie pamiętam, czy chrzciłyśmy też naszych małych protestanckich przyjaciół, ale nie mam wątpliwości, że to mogło się zdarzyć i pewnie dzieje się nadal. Robiłyśmy z naszych lalek małe katoliczki, zabierałyśmy je do kościoła, udzielałyśmy komunii itd. Bardzo wcześnie starano się z nas zrobić dobre katolickie matki. Takie pranie mózgów".

Jeżeli dziewiętnastowieczne dziewczęta nie były bardzo różne od mojej znajomej, to aż dziwne, że historie takie jak Edgarda Mortary nie zdarzały się częściej. Skoro jednak w ogóle się przydarzały, ktoś mógłby zadać oczywiste, wydawałoby się, pytanie: dlaczego żydzi w Państwie Papieskim w ogóle zatrudniali katolickich służących (i służące), jeśli wiązało się to z takim ryzykiem? Dlaczego nie zatrudniali wyłącznie żydów? Odpowiedź, jak to zwykle w takich wypadkach bywa, niewiele ma
wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, ale wszystko z religią.

Żydzi potrzebowali służby, której religia nie zabraniała pracy w szabat. Żydowska służąca oczywiście nie ochrzciłaby dziecka, skazując je na religijne sieroctwo. Pod tym względem można było na niej polegać; ale nie rozpaliłaby też w piecu, ani nie
posprzątała w sobotę. Oto dlaczego żydowskie rodziny w Bolonii, przynajmniej te, które było na to stać, najmowały chrześcijańską służbę. 

W tej książce z pełną świadomością nie rozpisywałem się z detalami o zbrodniach krucjat, konkwiście czy hiszpańskiej Inkwizycji. Okrucieństwo i złych ludzi można znaleźć w każdym stuleciu i w każdym wyznaniu. Ale ten epizod w dziejach włoskiej Inkwizycji i jej postawa wobec dzieci są szczególnie uderzającą manifestacją religijnego umysłu i zła, którego jest on sprawcą, gdyż w tym wypadku religia była jedyną przyczyną. Po pierwsze — tylko w religijnym umyśle narodzić się może koncepcja, że kilka kropel wody i parę słów zaklęcia mogą totalnie odmienić życie dziecka, że coś takiego może więcej ważyć niż pozwolenie rodziców, zgoda samego dziecka, jego szczęście i psychiczny komfort więcej niż wszystko, co mógłby podyktować nam zdrowy rozsądek i zwykłe ludzkie uczucia.

Krótko po tym, jak wybuchła cała afera, Lionel Rothschild, pierwszy Żyd, który został członkiem brytyjskiego parlamentu, napisał list do kardynała Antonelliego, w którym protestował przeciwko uprowadzeniu małego Edgarda. Kardynał odpowiedział. Stwierdziwszy najpierw, że nie może nic w tej sprawie poradzić, przerasta to bowiem jego kompetencje, wyjaśnił wszystko w kolejnych akapitach: „Mamy w tym przypadku możliwość zobaczenia, że, choć zew natury jest potężny, najświętsze obowiązki wiary są jeszcze potężniejsze". Nic dodać, nic ująć.
Szokujące w historii Mortary jest też to, że księża, kardynałowie i sam papież wyraźnie (i absolutnie szczerze) nie byli w stanie pojąć, że wyrządzają biednemu chłopcu krzywdę. Trudno to zrozumieć (ba, w zasadzie tego się nie da zrozumieć), ale oni naprawdę uważali, że odbierając chłopca rodzicom i zapewniając mu katolickie wychowanie, działają dla jego dobra. Musieli go chronić!

Jedna z amerykańskich katolickich gazet, broniąc stanowiska papieża, napisała, że jest nie do pomyślenia, aby „chrześcijański rząd mógł zostawić chrześcijańskie dziecko na wychowanie żydom". Gazeta ta powołała się nawet na zasadę wolności wyznania: „wolności, jaka przysługuje dziecku, by stało się chrześcijaninem, a nie było zmuszone do pozostania żydem[... ] Ochrona, jaką Ojciec Święty otacza to dziecko w obliczu brutalnych, fanatycznych ataków wszelkiego bezbożnictwa i bigoterii, jest najwspanialszym przejawem moralności, jaki ostatnio mógł obserwować świat".

Czy widział ktoś, by określenia „brutalny", „fanatyczny" czy „bigoteria" kiedykolwiek skierowano pod tak mylny adres? Nie ulega jednak wątpliwości, że od papieża w dół wszyscy ci katoliccy apologeci święcie wierzyli, że bronią słusznej sprawy; uważali, że moralność stoi po ich stronie, że kierują się dobrem dziecka. Oto, z jak wielką siłą „umiarkowana („mainstreamowa") religia potrafi wypaczać osąd i wyzuwać ze zwykłej ludzkiej uczciwości.

 Autorzy włoskiego „II Cattolico" byli zadziwieni tym, że ludzie nie potrafią docenić wspaniałomyślności i łaski, jaką Kościół uczynił Edgardo Mortarze, ratowując go od jego żydowskiej rodziny: Jeśli ktokolwiek z nas choć przez chwilę tylko rozważy kondycję, w jakiej żyć musi żyd—bez Chrystusa, bez króla, bez państwa, w rozproszeniu, wszędzie obcy i wszędzie obłożony infamią, jaka ciąży na wszystkich mordercach Jezusa — natychmiast pojmie, jak wielką i trwałą rzecz uczynił Ojciec Święty dla dziecka Mortarów.

Warto wreszcie przy okazji sprawy Edgardo uświadomić sobie ów niewyobrażalny tupet, z jakim ludzie wierzący, nie mając po temu żadnych dowodów, wiedzą, że akurat ta religia, którą wyznają i w której się urodzili, jest właśnie tą jedyną prawdziwą wiarą, a wszystkie inne to aberracja i fałsz. 

Oczywiście w tym akurat przypadku wszelkie porównania między obiema stronami konfliktu byłyby skrajnie nieuczciwe, to jednak moment równie dobry, jak każdy inny, by uświadomić sobie, że Mortarowie mogli odzyskać syna, gdyby tylko zgodzili się na usilne błagania księży, żeby się ochrzcić. By odebrać im dziecko, wystarczyło nieco wody i parę nic nieznaczących słów. Jak widać, religijna indoktrynacja doprowadza umysł do stanu takiego ogłupienia, iż gotów jest wierzyć, że kolejna strużka
wody może odwrócić całą sytuację. Dla części z nas odmowa przyjęcia chrztu przez rodziców może być przykładem zupełnie absurdalnego uporu. Komuś innemu jednak taka wierność zasadom może wydać się zupełnie wystarczająca, by wpisać Mortarów na długą listę męczenników cierpiących w imię własnej wiary. 

Przejdźmy teraz do czwartej lekcji, jaką daje nam porwanie Edgarda. Mam tu na myśli samo założenie, że sześcioletni chłopiec może w ogóle być uznany za wyznawcę jakiejkolwiek religii, nieistotne w tym momencie, czy judaizmu, czy chrześcijaństwa. Wyraźmy to może inaczej — sama idea, że polewając wodą nieświadome niczego i nic nierozumiejące dziecko, możemy w jednej chwili „przenieść" je z jednej religii do drugiej, jest oczywiście absurdalna, ale w sumie nie mniej absurdalne jest wpisywanie takiego małego dziecka w jakąkolwiek religię.
Dla chłopca ważna była nie religijna etykietka (dziecko nie jest w stanie wyrobić sobie świadomego i przemyślanego poglądu na „prawdy" wiary), ale miłość i opieka rodziców i rodziny. Jednego i drugiego pozbawili go żyjący w celibacie księża; za okoliczność łagodzącą dla ich groteskowego okrucieństwa można uznać tylko prostacki brak wrażliwości na normalne ludzkie uczucia — tyle że zawłaszczony przez religię umysł bardzo łatwo staje się tak kompletnie niewrażliwy.


MOLESTOWANIE FIZYCZNE I UMYSŁOWE
Dziś, gdy mówi się o molestowaniu dzieci przez duchownych, zwykle dotyczy to nagabywania i wykorzystywania seksualnego.
Wina obciąża w tym momencie księży, których cała niemal zawodowa aktywność poświęcona jest przecież głównie wzbudzaniu poczucia winy i „grzechowi".
Po jednym z wykładów, jakie miałem w Dublinie, ktoś spytał mnie, co sądzę o bardzo w tym momencie nagłaśnianych przypadkach molestowania seksualnego dzieci przez katolickich księży w Irlandii. Odpowiedziałem, że jakkolwiek potwornym czynem jest takie molestowanie, to w sumie w dłuższej perspektywie czyni ono dziecku mniejszą psychologiczną szkodę niż samo wychowywanie w wierze katolickiej.
To był bardzo spontaniczny komentarz, rzucony w toku burzliwej dyskusji, i bardzo mnie zaskoczyło, że spotkał się z prawdziwie entuzjastycznym przyjęciem słuchaczy (faktem jest, że na mój wykład przyszli głównie dublińscy intelektualiści, a to nie jest raczej reprezentatywna grupa Irlandczyków).

Alfred Hitchcock był jednym z największych specjalistów od przerażania ludzi w dziejach światowej kinematografii. Ponoć kiedyś, jadąc samochodem przez Szwajcarię, wskazał swoim współpasażerom widok przez szybę i powiedział: „To najbardziej przerażająca rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem". Za oknem widać było księdza pogrążonego w rozmowie z małym chłopcem. Ksiądz trzymał dłoń na ramieniu dziecka. Hitchcock otworzył okno i zaczął krzyczeć: «Uciekaj, chłopcze! Uciekaj! Tu chodzi o twoje życie»".

W rozmowie przed kamerą moja przyjaciółka, psychoterapeutka Jill opisała omawiane przez nas formy religijnego wychowania jako szczególny przypadek umysłowego molestowania. Spytałem wtedy: „Użyłaś określenia «molestowanie religijne». Gdybyś miała porównać molestowanie, z którym mamy do czynienia, gdy dzieci zmusza się do uwierzenia w piekło [...] z molestowaniem seksualnym? Która trauma jest gorsza?". „To bardzo trudne pytanie — odpowiedziała. — Myślę, że jest tu wiele podobieństw. W obu wypadkach to nadużycie zaufania. W obu wypadkach odbiera się dziecku prawo do czucia się swobodnie, do otwartości i normalności w relacjach z zewnętrznym światem [...] W obu wypadkach efektem jest pomniejszenie własnej wartości, zaprzeczenie prawdziwego ja."


W OBRONIE DZIECI. Mój szacowny kolega, psycholog Nicholas Humphrey w roku 1977 na jednym z oksfordzkich wykładów z cyklu Amnesty Lecture mówił ; szczególna cenzura jest niezbędna, gdy chodzi o dzieci, a raczej o ich: [...] moralną i religijną edukację, zwłaszcza o tę, którą dzieci odbierają w domu. Pozwalamy przecież, a nawet wręcz oczekujemy, że to rodzice właśnie nauczą własne dzieci kryteriów prawdy i fałszu, dobra i zła. Tymczasem dzieci — mówił dalej Humphrey — mają prawo, prawo człowieka, do tego, by nikt nie okaleczał ich umysłów fałszywymi ideami. Nikt! Również rodzice, którym przecież Bóg nie dał wyłącznej licencji na akulturację swoich dzieci wyłącznie na sposób, który sami uznają za właściwy — nawet rodzice nie mają więc prawa do ograniczania własnym dzieciom możliwości zdobywania i poszerzania wiedzy, wychowując je w atmosferze ciasnych dogmatów i przesądów, ani też żądając, by ślepo podążały wąską ścieżką obranej wiary.
By się nadmiernie nie rozwodzić—dzieci mają prawo do umysłu wolnego od nonsensów, a my jako społeczeństwo mamy obowiązek bronić tego ich prawa. Nie możemy więc pozwolić, by rodzice uczyli swoje dzieci wierzyć, że, na przykład, Biblię należy odczytywać dosłownie albo że planety rządzą ich życiem, tak samo jak nie pozwalamy, by rodzice wybijali dzieciom zęby lub zamykali je w lochu.
Bardzo jestem wdzięczny moim rodzicom za ich przekonanie, że dzieci powinno się uczyć bardziej tego jak myśleć niż co myśleć. Jeśli, dorósłszy i dysponując pełnym i nieskrępowanym dostępem do wszelkich naukowych świadectw, ktoś świadomie decyduje, że wszystko, co napisano w Biblii, to prawda, albo że o naszym życiu decydują planety — wolno mu! Różnica polega na tym, że taki ktoś podejmuje decyzję samodzielnie, a nie została mu ona narzucona przez rodziców par force majeure.
Przywilejem dorosłego człowieka jest wierzyć, w co chce, rodzicom natomiast nie powinien być dany przywilej narzucania własnych przesądów dzieciom. Zasada ta nabiera szczególnego znaczenia, gdy uświadomimy sobie, że dzieci w następnym pokoleniu same stają się rodzicami i mogą identycznie, jak same były indoktrynowane, indoktrynować własne dzieci.
Humphrey mówił, że tak długo jak dzieci pozostają małe i bezbronne i dopóki wymagają opieki, naprawdę moralna kuratela nad nimi przejawiać się powinna w próbie każdorazowego odgadnięcia, co same by wybrały, gdyby były już dostatecznie dojrzałe. Tu posłużył się poruszającym przykładem młodej inkaskiej dziewczyny, której zamarznięte, pięćsetletnie szczątki odkryto w peruwiańskich górach. Antropologowie, którzy dokonali odkrycia, uznali, że dziecko musiało być ofiarą rytualnego mordu. Zgodnie z relacją Humphreya amerykańska telewizja zrobiła film dokumentalny o „dziewczynce z lodu".
Telewidzowie mogli: podziwiać pobożność inkaskich kapłanów i towarzyszyć dziewczynce w jej ostatniej drodze, dzieląc z nią radość i dumę z faktu, że to ona właśnie dostąpi wielkiego zaszczytu i zostanie poświęcona. W efekcie przekaz tego filmiku w sumie sprowadzał się do tezy, że składanie ludzi w ofierze to na swój sposób wspaniały i godny pochwały kulturowy wynalazek. Kolejny klejnot w koronie multikulturalizmu, jeśli ktoś woli. Humphrey jednak był jedynie zgorszony (ja również jestem): Jak ktoś w ogóle śmie sugerować coś takiego? Ile tupetu trzeba mieć, żeby nam — wygodnie usadowionym w fotelach przed telewizorami—kazać w uniesieniu przyglądać się rytualnemu mordowi; kazać spokojnie patrzeć, jak kilku zidiociałych, napuszonych i zabobonnych starców morduje dziecko? To szczyt bezczelności, proponować nam, byśmy z zachwytem kontemplowali czyn z gruntu niemoralny.

Liberalnie nastawiony czytelnik może w tym momencie poczuć pewną konsternację. Niemoralny, zgodnie z naszymi standardami — na pewno, głupi — też; ale co ze standardami Inków. Przecież dla nich akt ofiary był w najwyższym stopniu moralny i na pewno nie głupi; był emanacją tego, co uważali za święte. Ta mała dziewczynka zaś bez najmniejszych wątpliwości była gorliwą wyznawczynią religii, w której została wychowana. Kto dał nam prawo, kim jesteśmy, by ważyć się stawiać zarzut morderstwa, by osądzać inkaskich kapłanów zgodnie z własnymi, a nie ich wartościami? Może ona naprawdę była zadowolona, ba, wniebowzięta swoim losem? Może wierzyła, że pójdzie prosto do krainy wiecznej szczęśliwości grzać się po wieki w promieniach Boga Słońca? A może jednak — co chyba znacznie bardziej prawdopodobne — krzyczała z przerażenia?
Argumentacja Humphreya (i moja) zmierza w innym kierunku. Otóż bez względu, czy ta dziewczynka dobrowolnie (i chętnie) stała się ofiarą, są bardzo poważne powody, by sądzić, że nie oddałaby życia równie ochoczo, gdyby znała wszystkie fakty. Wyobraźmy sobie na przykład, że wcześniej ktoś wytłumaczyłby jej, że Słońce tak naprawdę jest kulą o temperaturze wyższej niż milion stopni Kelvina, wodór, z którego jest zbudowane, w wyniku reakcji jądrowych przekształca się w hel, a samo powstało pod wpływem kondensacji obłoków galaktycznego gazu, podobnie jak Ziemia i cały Układ Słoneczny... Chyba wówczas nie chciałaby oddawać Słońcu boskiej czci i mogłoby to nieco zmienić jej gotowość na oddanie mu w ofierze własnego życia.
Nie można winić inkaskich kapłanów za ignorancję i uznanie ich za głupich bufonów to osąd dość ostry. Można ich jednak obarczać winą za narzucanie własnych przekonań dziecku, które było jeszcze o wiele za małe, by samemu zadecydować, czy Słońcu trzeba oddawać boską cześć. Humphrey dodaje też, że część winy spada również na nas — na autorów owego telewizyjnego filmu i na widzów. Można nas oskarżyć o dostrzeganie jakiegoś piękna w śmierci małej dziewczynki, „czegoś, co wzbogaca naszą wspólną kulturę".

To zresztą problem znacznie szerszy — nieustannie stykamy się z analogiczną skłonnością do fascynacji odmiennością etnicznych wierzeń i obyczajów, a ta obejmuje również usprawiedliwienie popełnianych w ich imieniu zbrodni. 

Zabieg kliteroktomii jest, co nie ulega najmniejszej wątpliwości, potwornie bolesny i sprawia, że kobieta przestaje odczuwać przyjemność seksualną (w zasadzie głównie o to w nim chodzi). Myślę, że z połowa oświeconych, przyzwoitych ludzi o liberalnych poglądach chciałaby zakazania tego procederu. Druga połowa jednakże, z „szacunku" dla obcych kultur uważa, że nie powinniśmy się wtrącać, kiedy „oni" chcą okaleczać „swoje" dziewczęta. Problem jednak w tym, że zapominamy, iż te „ich" dziewczęta są w rzeczywistości „swoimi" dziewczętami, których własnych pragnień nie powinniśmy ignorować.

Humphrey pisze, że nie zna przypadku, by jakakolwiek dorosła kobieta, której jakoś udało się wcześniej przetrwać bez kliteroktomii, sama poprosiła o jej przeprowadzenie.

Omówiwszy jeszcze pokrótce casus amiszów i ich prawa do wychowywania „własnych" dzieci na „własny" sposób, Humphrey dość zjadliwie podsumowuje powszechnie dziś społecznie akceptowany entuzjazm dla kulturowej różnorodności. Czyż cała nasza cywilizacja nie zubożeje, gdy te kultury znikną? Czy jednak nie powinno być to raczej powodem do wstydu, że w imię podtrzymania kulturowej różnorodności zmuszamy ludzi do cierpienia? Tak przecież jest — to cena, jaką płacimy jako społeczeństwo. Nie — to nie my płacimy. To oni ją płacą".
Sędzia Douglas w różnych sprawach o wychowaniu przez Amiszów swoich dzieci, uznał on, że nie ma żadnych powodów, by akurat religijnym przekonaniom rodziców przyznawać jakiś szczególny status, tak wysoki, że pozwalający pozbawiać dzieci przysługującego im prawa do wykształcenia.
Jeśli bowiem religii nadalibyśmy tak wyjątkowe uprawnienia, to dlaczego nie poglądom laickim?

My jeźdźmy sobie naszymi samochodami, bawmy się komputerami, nie zapominając przy tym, rzecz jasna, o szczepionkach i antybiotykach, wy zaś, zabawni, archaiczni dobrzy ludzie, ze swoim staroświeckim dialektem i wygódką za stodołą, trwajcie i wzbogacajcie nasze życie. I trzeba wam oczywiście pozwolić zamykać wasze dzieci w tej siedemnastowiecznej pułapce.

 Przejdżmy teraz na pułap bardziej praktyczny i bliższy dzisiejszej Polsce.

Pat Robertson, założyciela Christian Coalition miał duże szanse zostać kandydatem republikanów w wyborach prezydenckich w 1988 roku. Ponad trzy miliony wolontariuszy pracowało przy jego kampanii, fundusze też zebrał imponujące. To niepokojąco wysokie poparcie, jeśli wsłuchamy się w choćby kilka najzupełniej dla niego typowych wypowiedzi: „[Homoseksualiści] chcieliby przychodzić do naszych kościołów, zakłócać przebieg naszych mszy, pryskać krwią, żeby zarazić ludzi AIDS, i pluć w twarz naszym kapłanom"; „Organizacja Planned Parenthood uczy dzieci cudzołożyć, a dorosłych zdradzać. Uczy wszelkich zberezeństw — męskiego i żeńskiego homoseksualizmu, wszystkiego, co Biblia potępia". Postawa Robertsona wobec kobiet również wzbudziłaby sympatię w twardych sercach afgańskich talibów: „Wiem, że dla pań może nie zabrzmi to miło, ale każda z was, która już wyjdzie za mąż, musi podporządkować się woli swego pana i męża. Chrystus jest królem świata, a mąż jest panem swojej żony i tak już jest. Kropka".

Teraz Gary Potter, przewodniczący Catholics for Christian Political Action (Katolicy na rzecz chrześcijańskiej akcji politycznej): „Kiedy chrześcijańska większość wreszcie przejmie ten kraj, nie będzie żadnych satanistycznych kościołów, swobodnego obiegu pornografii, żadnego gadania o prawach dla homoseksualistów. Gdy chrześcijańska większość obejmie władzę, pluralizm uznany zostanie za niemoralny i zły, a państwo nie pozwoli nikomu na praktykowanie zła".

„Zło" — kontekst nie pozostawia tu żadnych wątpliwości — nie oznacza dla pana Pottera czegoś, co może przynieść szkodę innym ludziom. Złem są wszelkie nawet intymne myśli i czyny, które nie są zgodne z prywatnymi upodobaniami
„chrześcijańskiej większości".

Pastor Fred Phelps (Westboro Baptist Church) to kolejny żarliwy kaznodzieja z obsesją na punkcie homoseksualistów. Kiedy zmarła wdowa po Martinie Lutherze Kingu, pastor Fred pojawił się na jej pogrzebie z pikietą i transparentami głoszącymi: „Bóg nienawidzi pedałów i tych, którzy im pomagają, a więc Bóg nienawidzi Coretty Scott King, która teraz na jego rozkaz smaży się w ogniu piekielnym, co nigdy nie gaśnie. Niech bestia męczy się po wieczność".

 Postawy wobec homoseksualizmu dobrze ilustrują, czym jest moralność inspirowana wiarą religijną. Równie dobrze można ją też ukazać na przykładzie stosunku do aborcji i świętości ludzkiego życia.

 Historia powtarza sie bez ustanku od wieków. Krążymy wokół tego samego płomienia i robimy sobie co jakiś czas dokładnie to samo. To wina systemów religijnych, które nie pozwalają nam wyjść ponad to i wykreować coś nowego. Wyjść ponad człowieka ku nadczlowiekowi. Główna idea religii to "nie będziesz ewoluował"

Kościół w Polsce jak wszędzie indziej tworzy wrogów. Na dziś największym jego wrogiem jest lgbt. Już ustaliliśmy sobie, że postawy wobec homoseksualizmu dobrze ilustrują, czym jest moralność inspirowana wiarą religijną.

Gdy kościół pozbędzie się lgbt to przyjdzie po ateistów jako blużnierców. Musimy pamiętać, że Polska nie jest jakaś wyjątkowa. Na wyspach Brytyjskich katoliocy rozcinali brzuchy cieżarnym protestanckim kobietom i wyciągali płody, rzucając je na pożarcie świoniom i psom, a w Polsce robili to prawosławnym. Dla kościoła katolickiego, a właściwie dla chrześcijaństwa wrogowie są wszędzie.

Nie zapominajmy, że Polska jest jedynym krajem na świecie, w którym zabito człowieka z powodu tego, że głosił poglądy ateistyczne. Nigdzie na świecie nie zrobiono tego oficjalnie w imieniu wymiaru sprawiedliwości. Zrobiono to w Polsce na rynku w warszawie. Zabito Kazimierza Łyszczyńskiego; myśliciela.
Po ateistach pójdą na wszelkich innych; pogan. Wszak cała idea chrześcijaństwa to nienawiść i chęć wybicia pogan.

Musimy zrozumieć, że tego wroga do podsycania daje twórca wrogów czyli kościół, a co w Polsce za tym idzie i rząd. Bo doskonale wiedzą w myśl goebelsowskiej propagandy, że wymysł powtarzany dużo razy staje się prawdą. Dokładnie w taki sam sposób zaczął się faszyzm w niemczech. Daniem narodowcom wroga.

To się nazywa terroryzm. I ten terroryzm się dzieje w XXI wieku w środku starego kontynentu. Historia niczego nas nie uczy. Kościół katolicki kolejny raz dewastuje ten kraj. Błędy innych również niczego nas nie uczą.

Caryca Katarzyna wiedziała jak robić to za pomocą kościoła katolickiego. Dziś również to rosja rozbraja Polskę za jego pomocą. Ordo luris, które obsadza państwowe stanowiska swoimi ludźmi oraz przemyca do gmin jej dekrety finansowana jest przez putinowską rosję. 

 Propagowanie nienawiści do ludzi, którzy nic złego nie robią, a jedynie chcą żyć w przestrzeni nikogo nie krzywdząc, bo to ich sprawa co robią w łożku jest oznaką najwyższego prymitywizmu. Musiałbym mieć problemy z własną seksualnością gdybym zajmował się myślowo dwoma facetami w ich łóżku. Z drugiej strony agresywne bydlaki z pianą na ustach; czyż nie macie takiej samej piany oglądając na kiblu po kryjomu w telefonie dwie całujące się kobiety?

Tym też zajmuje się chrześcijański bóg; nie ma innych problemów, ważnym jest dla niego kto się z kim pieprzy, a jak źle się pieprzy to zsyła tajfun na miasto albo koronawirusa.
Bo bóg to idiota i ślepiec i nie może wyłuskać z obszaru tylko tych którzy go obrazili swoimi penisami.
Musi utopić i zakazić tysiące innych, niewinnych oraz niczemu winnych zwierząt.
Albo tego nie potrafi więc nie jest wszechmogący albo nie chce więc jest psychopatą (oba się zgadzają co udowadniam w swoich tekstach.

Ale motłoch w niego wierzy, a jak ja zechcę obrazić ten zabobon to zostanę oskarżony o pewien bardzo głupi ludzki konstrukt; obrazę uczuć religijnych.
Okazuje się, że można obrażać innych, straszyć ich, prześladować, bić, szykanować, doprowadzać do depresji i samobójstwa - gwałcić, a nawet ich zabijać - ale nie można obrażać uczuć idiotów z zaburzeniem poznawczym.
Nie można obrażać czyjegoś urojenia, które jest wynikiem zaburzenia.
Raz jeszcze więc powtórzę; Z RELIGII NALEŻY LECZYĆ A NIE JĄ PROMOWAĆ!

Religia jest tak absurdalna, nielogiczna i amoralna, iż nie jest w stanie obronić się przed krytyką; stwarza zatem w społeczeństwie pojęcie „uczuć" religijnych jako czegoś nadrzędnego nad wszystkim, a czego z jakiegoś dziwnego powodu obrażać nie wolno. Powstaje zatem swoiste tabu, którego nie należy ruszać.
Tak się broni religia przed krytyką. To jej jedyna możliwość aby jej nie zdemaskować; zakaz jej krytykowania.

 

I tego chce w Polsce rząd ultrakatolicki z ordo luris - fundamentalistyczną organizacja religijną finansowaną przez ekstermistów z usa (co wskazał nam Richard Dawkins jako miejsce, w którym są najniebezpieczniejsi chrześcijańscy fundamentaliści) i putinowskiej rosji.

Rząd religijny aby pomóc kościołowi przeciwdziałać krytyce wprowadza po prostu przepisy mające karać nas za mówienie o religii. Tak się uchwala ustawę mówiącą o zakazie aktów nienawiści przeciw katolikom. Nie uchwala się ustawy mówiącej o zakazie nienawiści jako takiej.
Nie można wprowadzić takiej ustawy; przecież katolikom należy pozwolić nienawidzić. To jest cała idea ich religii. Jeśli się im tego zabroni to będą jęczeć, że są prześladowani. No i nie będą mogli sami prześladować, a bez tego chrześcijanin nie jest w stanie wypełniać idei swej religii.

Z tego powodu też chce się wystąpić z konwencji antyprzemocowej, która wyrażnie stwierdza, że religia jest jedną z przyczyn przemocy między innymi w rodzinie.
To oczywiście obraża Polskich katolików; mówienie prawdy o religii w tym kraju jest niedopuszczalne więc rząd dziękując kościołowi za pomoc w wyborach chce wypowiedzieć tą konwencją mająca chronić kobiety i dzieci przed przemocą.
Argumentuje to tym, że w Polsce jest wystarczające prawo temu przeciwdziałające (co jest kompletną bzdurą)
Można więc zapytać czy nie lepiej mieć w rowerze dwa hamulce niż jeden.
Odpowiedź jest oczywista ale nie wtedy gdy chodzi o nienawiść religijną; ona nie lubi hamulców wcale.
Więc w dodatku prezydent kraju przygotowuje nas do następnych kroków mówiąc, że przemoc w rodzinie to sprawa rodzinna. Prywatna. I to pasuje katolickiemu narodowi tak jak pasowało gdy ich idol, degenerat wojtyła mówił, że pedofilia to przygotowanie dziecka do miłości. Ale co miał mówić gdy jego najlepszym przyjacielem był największy zwyrol watykanu, a on sam bardziej przejmował się prezerwatywami, których zakazał używać niż milionami ludzi w afryce umierającymi na aids z powodu jego zakazu.

Ten "geniusz" miał też swój wkład do zamysłu rodzinnego iście po katolicku, gdy w 1996 roku powiedział do Polaków" kobieta musi wiedzieć jak pokornie znosić upokorzenia gdyż bóg tak chciał"
To zresztą cała wzniosła myśl chrześcijańska; cierpisz to dlatego, że bóg tak chciał wiec znoś to dobrze, a zostanie ci wynagrodzone jak umrzesz.
Koszmar, którego nie możesz zmienić bo wmawia ci się, że taki jest plan najwyższego wobec ciebie, a planu najwyższego zmieniać nie można.
Tak działała między innymi handlarka dziećmi, beatyfikowana przez wojtylę, matka teresa, która miała na koncie setki milionów dolarów, a kobietom sugerowała wywyższanie swego życia w nędzy' sprzedając ich dzieci do sodomizowania do watykanu.
najskuteczniej żeruje się na biednych, udręczonych, zagubionych, którzy potrzebują nadziei. To właśnie dało chrześcijaństwo; nadzieje na poprawę ale aby tego nie zweryfikować, poprawę swego losu po śmierci. nadzieja jest zgubną strategią o czym już wiedzieli starożytni grecy, gdy ludzkości została podarowana puszka Pandory z Elpis (nadzieją) na dnie.

Dziś Polska to kolejny poziom prześladowania przez religie wszelkich innych.
Gdy sprzyja do tego czas są to mordy, tortury czyli inwkizycja, krucjaty, chrystianizowanie pogan czyli między innymi wybicie 70 milionów Indian.
Ponieważ w pewnym okresie w pobliżu pogan jest mniej, a krucjata kosztuje mnóstwo pieniędzy, mimo, że przynosi jeszcze więcej gdyż jest zwykłym rabunkowym najazdem to nie każdy papież ma chęć inwestowania w wyprawę rabunkową.

Ponadto wokół czyli w Europie gdzieniegdzie bogactwo się rozwija, piękne posiadłości kuszą do przejęcia; jest bliżej i łatwiej.
Więc kościół katolicki wymyśla inkwizycję aby zrabować niemal wszystko w imieniu walki z heretykami.
Gdy biskup chciał mieć teren w pobliżu swojej parafii zwyczajnie tylko oskarżył właściciela o herezję. Nawet nie musiał proponować mu kupna.
Właściciel zostawał zabity, często wcześniej torturowany, jego rodzina trafiała do niewoli lub uwieszona na łańcuchach gniła całe życie w ciemnym lochu.
Tak robił „miłosierny" kapłan reprezentujący „miłosiernego"boga.

Szał na bogactwo był olbrzymi. W Europie z rąk katolików zginęło ponad 9 milionów samych chrześcijan. 

Dzisiejszego dnia Polski rząd w zasadzie dąży do tego samego. Tworzenia prawa sprzyjającego tylko komfortowi i spokojowi religijnemu.
Tak jak w Polsce za Zygmunta Wazy gdy katolicyzm był jedynym dozwolonym wyznaniem, a innych Polaków katolicy mogli zabijać bezkarnie.
Robili to bardzo chętnie, między innymi główny degenerat katolicki, Kuncewicz którego papież polak również degenerat nazywał aniołem pokoju. Jaka religia taki pokój.

Musimy zrozumieć, że tu nie chodzi o lgbt lecz o katolików, o ich ideową chęć do prześladowania, o ich nienawiść wobec wszystkiego co im nie pasuje. O ich pragnienie destrukcji i wybicia wszelkich innych. O ich narzucanie innym swej woli i przymuszanie do bycia jak oni. W sprzyjających ku temu czasach przemocą i grożbą śmierci. Wszak w chrześcijaństwie najlepszym kaznodzieją jest miecz i stalowy pręt jak to mawial jeden z ich świętych.
Nie lgbt ma tu znaczenie lecz właśnie katolicy; oni zawsze znajdą sobie cel. Zostanie im wskazany przez ich panów kapłanów.

„Duchowieństwo - pisze Schiller - było od niepamiętnych czasów podporą władzy królewskiej i musiało nią być. Złote czasy duchowieństwa i królów przypadały zawsze na czas zniewolenia umysłów i duchowni, i monarchowie zbierali żniwo głupoty i nonsensu".

Szał na bogactwo był olbrzymi. Więc powstaje „wola boża", to znaczy warunki utrzymania władzy przez kapłana. I musi być znana; do tego potrzebne jest „objawienie".

Mówiąc prostym językiem: niezbędne jest wielkie fałszerstwo literackie, odkrywa się „Pismo święte" i podaje do publicznej wiadomości z hieratyczną pompą, z dniami pokutnymi i z lamentami nad długotrwałym „grzechem".
„Wola Boża" była od dawien dawna ustalona: całe nieszczęście bierze się stąd, że oddalono się od „pisma świętego". Już Mojżeszowi objawiła się „wola boża". Co się zdarzyło?

Kapłan, z całą surowością, z całą pedanterią, aż po małe i duże podatki, które należy mu płacić ustala czego chce. Nie zapominając o najsmakowitszych kawałkach mięsiwa: bo kapłan jest pożeraczem befsztyków, raz na zawsze sformułował, co chce mieć, „co jest wolą bożą". Odtąd wszystkie sprawy życia są tak urządzone, że kapłan jest wszędzie niezbędny; przy wszystkich naturalnych wydarzeniach życiowych, przy narodzinach, ślubie, chorobie, śmierci, nie mówiąc o ofierze („posiłku").

Pojawia się świątobliwy pasożyt, by życie człowieka pozbawić naturalności; ale w jego języku nazywa się to „uświęceniem". 

Trzeba, bowiem pojąć, że każdy naturalny obyczaj, każda naturalna instytucja (państwo, sądownictwo, małżeństwo, opieka nad chorymi i ubogimi), wszystkie przez instynkt życia wysuwane żądania, krótko mówiąc, wszystko, co samo w sobie jest wartością zostaje przez pasożytnictwo kapłana (czyli „etycznego porządku świata") uczynione czymś z gruntu bezwartościowym, sprzecznym z wartością: wymaga dopiero usankcjonowania.

   To zaczęło się już od Mojżesza gdy zdefiniował co chce od wiernych, który ustalił ceny i opłaty za wszystko. Jednak aby to działało musiał wmówić darczyńcom, że tego chce niejaki bóg; że bóg chce kadzidła, skór barwionych, kamieni czerwonych. Oczywiście zarówno Mojżesz jak i dzisiejszy kapłan mają coś w zamian za Twoje dobra, Twoja pracę czyli krótko rzecz ujmując za Twoją ofiarę; rozgrzeszenie prowadzące do zbawienia czyli łaskę boga. To jest ich towar wymienny. A wy idioci oddajecie im majątki, synów pierowrodnych na posługę, córki na gwalt. Wszelkie pierwociny. I za co? Za życie wieczne w miejscu bez zwierząt, a ze zwyrodnialcami. W dodatku w miejscu, którego nikt nie widział. (https://www.poganin.eu/antyteizm/chrzescijanski-raj-czyli-pieklo)


Dziś więc już nie musisz zarzynać biednego, niewolnnego stworzenia dla boga. Jesteś oprawcą ale ponieważ kaplan chrześcijański stał sie bardziej wyrachowany to nie chce już krwi na ołatrzu, gdyż za dużo roboty z tym. Bałagan i smród. Kapłan już woli burgery, polędwiczki w sosie. Ale nie będzie tego przyrządzal sam. Kapłan chce zatem pieniędzy. To jest jego nowoczesna ofiara. Są wygodniejsze i lżejsze; może mieć za nie co chce, a nie musi dżwigać i sprzątać. (https://www.poganin.eu/antyteizm/prawdziwy-symbol-chrzec59bcijanstwa)

Tak już było w nowym testamencie za apostołów, którzy głosili aby sprzedawać swoje dobra, i przynosić uzyskane z tej sprzedaży pieniądze apostołom i składać u ich stóp. A jak nie oddaleś wszystkiego co uzyskaleś ze sprzedaży swojej własności to cię zabijano jak Ananiasza i Safirę. Oczywiście w przypisie to bóg zabił za nieoddanie, nie apostoł Piotr. Tym gorzej dla boga, że zabija za pieniądze. I ja mialbym uznawać go za idola.

 

   Powtórze raz jeszcze. Dzisiejszego dnia Polski rząd w zasadzie dąży do tworzenia prawa sprzyjającego tylko komfortowi i spokojowi religijnemu. Tak jak w Polsce za Zygmunta Wazy gdy katolicyzm był jedynym dozowlonym wyznaniem, a innych Polaków katolicy mogli zabijać bezkarnie. Dlatego też w Polsce bohaterami są bandyci wyklęci, których wyniósł do tej roli kościół katolicki gdyż zabijali Polaków nie katolików. Problem w tym, że dla znakomitej większośći Polaków to co powie ksiądz jest prawdą ostateczną. A ksiądz oczywiście wyniesie na ołtarze tych, którzy zabijali w imieniu kościoła.

Rzecz jasna dzieje się to za większościowym przywoleniem społeczeństwa. Wierzycie w to wszystko z pełnym przekonaniem I co gorsza łatwiej was okłamać niż przekonać was, że jesteście okłamywani.
Ale jak to pisał Nietzsche "W co motłoch bez dowodów uwierzył, jakże byście to chcieli teraz dowodami obalić?"

Chcecie mi też wmówić, że zbawicie mnie za posłuszeństwo wobec boga czyli wobec 613 przepisów boga o tym kiedy i za co mam kogoś zabić, jakich ludzi niewolić, jak katować niewolnika, kogo bezkarnie gwałcić i w jaki sposób zabijać pogan aby podobało się to bogu. Owe przepisy jako pierwszy prawodawca spisuje na rozkaz boga Mojżesz, a schodząc na ziemię wnioskujemy wprost, że ustala je Mojżesz czyli facet, który był twórcą pierwszego holocaustu i gehenny ludów, wybijał każdy naród na drodze do ziemi obiecanej, a chcąc zemścić się na medianickich kobietach wybił medianickich mężczyzn i chłopców, kobiety i dziewczynki które nie były już dziewicami. A dzieci poniżej 12 roku życia będące dziewicami wziął sobie i żołnierzom w seksualna niewolę.

I ten gość chrześcijanie jest waszym prawodawcą. Jest prawodawcą waszej religii i wielkim ojcem waszej religii. Jest jej wzorcem. Nie dziwię się więc czemu jesteście takim mentalnym gównem i dlaczego kościół katolicki dokonał największej ilości zła w dziejach ludzkości.

I jeszcze na dziś dzień czyli jakieś niemal 4 tysiące lat po tym prymitywie nakazujecie mi żyć dokładnie tak jak ten sadysta z pustyni sobie zapragnął. I ani kroku w przód w rozwoju. Żadnej mentalnej ewolucji.

I o to walczycie cały czas w przestrzeni. O to abyśmy byli tacy jakich chcą nas starodawni prymitywni kapłani mówiąc nam, że tego chce jakiś bóg i to jest jego plan którego nie możemy zmieniać.
Czas mija a my z dzidą w jaskini drąc ryja o jakieś zbawienie, którego potrzebę zrzuciliście na ludzi. I w jego imieniu terroryzujecie wszelkich innych.

Tylko jest jeden problem; ja nie potrzebuję zbawienia. Niczego nie zrobiłem. Wypełniam swoje życie ku dobru.
Dobru o którym chrześcijanie nie są nawet w stanie fantazjować pławiąc się w swojej bogobojności czynienia sobie ziemi poddanej i prześladowania zwierząt jako tych nie mających według nich duszy. I wszelkich innowierców.
Wszak sens waszej religii opiera się na wytępieniu wszelkich pogan.

Nie brałem również w waszym grzechu pierworodnym udziału aby mnie obarczać winą. W waszej religii muszę zgodzić się z tym, że urodziłem się winny i chory, a wasz bóg może mnie od tego uwolnić gdy będę stosował się do waszych wytycznych jako kapłanów.

Przecież to obrzydliwa idea oraz nad wyraz widoczny szwindel. Zostawcie mnie wiec w spokoju, mnie po prostu nie ma od czego zbawiać.

W Polsce dziś odbywa się propaganda wiary nie mająca nic współnego z prawdą. Tak zwane wielkie kłamstwo, którego założeniem jest świadomość, że ludzi nie obchodzi prawda. Chcą usłyszeć prosty przekaz, który doraźnie lub pozornie rozwiązuje ich problemy. I trzeba to powtarzać w nieskończoność, nieważne czy to prawda i czy jest zgodne z faktami. Gdy ludzie ciągle to słyszą, w końcu zaczynają w to wierzyć.

Widać wyraźnie jak efektywna może być propaganda. Zwłaszcza jeśli żeruje na uprzedzeniach które już są w społeczeństwie obecne.
Te sama demagogia jak w Niemczech w latach 30 istnieje i dziś, nawet w Polsce; propagowane coraz śmielej fałsze przez grupy prawicowe. Rząd, który zachęca ludzi do tego rodzaju wypowiedzi i przywala na to zarówno kościołowi jak i narodowcom.
A wystarczy zapoznać się z niedawną historią barbarzyństwa w obozach śmierci, które zaserwował światu niemiecki nacjonalizm.

Między rokiem 1943, a 1945 odnotowano 44 000 ośrodków pracy przymusowej, obozów koncentracyjnych i gett.
Gdy wyszło to na jaw ludzie pytali, jak to się mogło wydarzyć. Ludzkość powinna być przecież ponad takie okrucieństwo.
Ale nie była i nie jest; wystarczyły do tego hasła propagujące odmienność innych, ich niewłaściwość.

Wystarczyło to aby stworzyć dziesiątki tysięcy miejsc przemysłowej likwidacji ludzi, obdzierania ich ze skóry na okładki książek, i innych bestialstw, ukazujących jakim sadystą i potworem potrafi być człowiek.
Poczynania nazistów przypominają nam, że nawet cywilizowane społeczeństwo może łatwo ulec moralnemu zepsuciu. Idąc za głosem małych szaleńców, nienawistnych ludzi, chorych frustratów. Ufając im i wtórując w ich nienawiści.


To co robią Polacy w większości na dziś dzień; ufając słowom rządzącej partii oraz kościoła katolickiego. Wtórując im w prześladowaniu wskazywanych im przez patię i kościół wrogów jest tym samym we wczesnym stadium.
I tak będąc w tym ślepymi i amoralnymi, że nie są już wyborcami tej partii lecz wyznawcami. I nie są już ludźmi mogącymi stanowić o tym co moralne, lecz bronią pedofilskich księży, którzy krzywdzą dzieci. Bronią ich do takiego stopnia, iż obarczają te skrzywdzone dzieci mianem „młodych prostytutek, zmieniając szalę winy z oprawcy na niewinne ofiary. Nie liczy się dla nich dobro niewinnych lecz funkcja kapłana.
Taka dehumanizacja społeczeństwa i degeneracja narodu prowadzić może do jednego; do kolejnych prześladowań i unicestwień.
Stan ten pozwala ludziom ujrzeć inność, zdefiniować w niej zagrożenie na podstawie kryterium "prawdy" biblijnej i chcieć ją zniszczyć

 Po wyborach Ci, ktorzy mogli politycznie cos zmieniać budzą się ale zbyt póżno. Choćby Biedroń (kandydat na prezydenta), który skomentował dzialania rządu na lipiec 2020 roku: jeśli Polski rząd chce bronić Poslki jak to mówi, to zamiast konwencji stambułskiej niech wypowie konkordat.

Obok wyrażne wskazanie prawdy przez innych ale nie akceptowalne w społeczeństwie więc głuche: Jan Paweł II był Kaczyńskim Kościoła katolickiego. Zapewne miał jakieś zasługi dla zniesienia żelaznej kurtyny, ale niewiele ponadto. Był ortodoksyjnym kostycznym służbistą Kościoła, który wiedział, że Rydzyk jest więcej wart niż Tischner, bo Rydzyk to logistyka i pieniądze a Tischner to kłopotliwe dla wiary myślenie. Fakt: uwielbiał podróżować ale jego ekumenia sprowadzała się do hasła: przejdźcie na katolicyzm! Otaczał się posłusznymi prymitywami jak Dziwisz,wybrał księgowego Glempa na prymasa Polski, bo bał się osób myślących, dał się omotać Półtawskiej i wierzył, że na świecie nie ma większego zła niż prezerwatywa i aborcja (niech Afryka ginie na AIDS byleby nie stosowała prezerwatywy). Teoria, że stworzył jakieś pokolenie (JPII) szybko okazała się kompletną fikcją, bo nie był żadnym autorytetem. Jego pisma są zachowawcze i od 1993 roku radykalnie doktrynalne (tomistyczne). Zacznijcie je wreszcie czytać jeśli nie wierzycie. To skandal że szef demokratycznej partii Borys Budka zachwyca się jego dorobkiem a minister nauki i szkolnictwa wyższego zaleca popularyzowanie jego dorobku jako priorytet swoje kadencji. (Magdalena Środa, która pisała również o promowaniu przez rząd fanatyczki religijnej narzucajacej swoją wolę innym) To jest upadek. Dziewczyna, która o biologii ani macierzyństwie nie ma pojęcia, prześladująca innych, powodująca ludzkie tragedie, jest hołubiona i wynoszona na piedestały przez polskie władze.

Pani poseł Senyszyn pisze: Niejaki Murdzek, z łaski Kaczyńskiego nowy minister nauki i szkolnictwa wyższego, wystosował powitalny list do rektorów i bliżej nieokreślonych dyrektorów. Treść (4604 znaki ze spacjami) w 52 proc. (2401 znaków) stanowią cytaty z JPII, zapewnienia, że będzie się słowami papieża-Polaka kierował, oraz na zakończenie - wezwanie do uhonorowania przez uczelnie 100 rocznicy urodzin najsłynniejszego, instytucjonalnego obrońcy pedofilów.

Zaczadzenie kadzidłem nie wróży dobrze polskim uczelniom. Pontyfikat JPII był pasmem przekrętów, oszustw, rozkwitu kościelnej pedofilii, ukrywania prawdy i przykrywania tego masową produkcją świętych. Jego gloryfikowanie stanowi realną groźbę dla nauki i badań naukowych, gdyż wynosi na piedestał zakłamanie i obłudę.

 Poslowie Pisu będący echem kościoła katolcikiego tworzą strefy wolne od lgbt jak naziści tworzyli strefy wolne od żydów. Domagają się wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej, a gdy Unia Europejska strofuje nas, wykazują oburzenie.

Unia stwierdza, że jeśli w Polsce będą łamane prawa człowieka, nie da pieniędzy. Polacy nie chcą przesztrzegać tego prawa i mówią Unii aby się "odpiepieprzyła" od Polski gdyż mamy własne prawo ale łapki po pieniądze wyciągamy. Gdy Unia mówi, że w takim razie nie da, poslowie Pis są oburzenii. I wyzywają Unię od lewicowych wrogów, dzieła szatana, wroga kościoła katolickiego. Notabene każda cywilizacja powinna być gorliwym wrogiem kościoła katolickiego.

Przecież to standard mentalnego sebiksa, który za 500 plus zeżre nawet spod kapłana jego odchody. To ta najniższa, roszczeniowa mentalność aroganckiego Polaka jakiemu ubzdurało się, że z królem Polski jezusem chrystusem i królową Polski, matką boską, Polska jest jakimś uswięconym, wybranym, narodem, narodów. Światłem, światłości. Samotną wyspą cnót na wielkim morzu grzechu. Lotem w Sodomie. 

Chrzescijanie reprezentują szczyt narcyzmu ze swoją ideą, że bóg akurat patrzy na nich ale Polski chrześcijanin przekroczył dawno ten próg. On jest już chory, jest schizofrenikiem i neutorykiem. Jest psychopatą. (https://www.poganin.eu/antyteizm/poza-definicja)

Wiceminister Sprawiedliwości mówi więc, że "konwencja genewska promuje wartosci szkodliwe dla Polski"

Oczywiście, że wolność, brak uprzedzeń i sprzeciw wobec prześladowań jest wartością szkodliwą dla katolickiej Polski.
Nie powinno to dziwić znając historię i fakt jak chrześcijaństwo i kościół katolicki zrujnowało cywilizację oraz wszelkie wzniosłe cele i są najwyższą formą zniewolenia.
Wszak chrześcijaństwo popiera systemowo niewolnictwo jak i kościół katolicki całe wieki niewolił ludzi i żył z niewolnictwa.

(https://www.poganin.eu/antyteizm/ciag-krotkich-mysli/dluzsze/mysl-56)

Pora aby uznać religię za terroryzm bo tym ona jest.

"...artykuł 12 Konwencji Stambulskiej wprowadza zobowiązanie państw do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji, a także innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn. Przepis ten formułuje również postanowienie, zgodnie z którym m.in. religia oraz tradycja nie będą uznawane za usprawiedliwienie dla wszelkich aktów przemocy objętych zakresem niniejszej Konwencji."

Stajemy się krajem w którym bezrozumność religii narzuca nam swoje ograniczenia i podłości wyjatkowo mocno jak na XXI wiek.

    Czeka nas bunt. Spójrzcie co dzieje sie dziś w dniu daty jaką wymieniłem gdy piszę atykuł. Koronawirus, anarchia w Usa, armia na ulicach, protesty w Europie, chińskie czołgi w Indiach, w Polsce coraz brutalniejszy atak wierzących na prawo. Coraz większe zgliszcza chcą zostawić ustanawiając całkowitą swą supremację. Nad wszystkich przemożna świadomość nawet u tych którzy glośno zaprzeczają iż zdegenerowaliśmy ziemię. 

Powodowanie pandemii dla zysków i chęci ograniczeń wolności oraz zaaplikowania znanej tylko sobie (rządom) szczepionki. Zarobienia na niej jak i przemycenia w niej celowej substancji szkodliwych. Podam dwa przykłady; w 2001 oku z powodu medialnej nagonki (celowych działań lobby) na wąglika ponad milion amerykańskich żołnierzy zostało przymusowo zaszczepionych. Za cała nagonką stała firma, która wyprodukowała szczepionkę.

W 2013 i 2014 roku co wielu lekarzy nazywa "zbrodnią stulecia" niemal półtora miliona kobiet i dziewczyn w wieku rozrodczym zaszczepiono w Kenii oficjalnie przeciwko tężcowi. W szczepionce był też hormon ciążowy. Nieoficjalnie. Oznaczało to, że zaszczepione kobiety nie mogły mieć potomstwa. To wszystko za zgodą i wiedzą Międzynarodowej Orgaznizacji Zdrowia.

I wiele, wiele innych. Pandemia dzisiejsza zmierza do tego, iż ustawowo chce sie zmusić obywateli do szczepień. Taka ustawa już jest przyjęta w Danii. Szczepienia może wykonywać Policja i Wojsko. Jej dzialanie jest również czysto ekonomiczne i pobocznie "wolnościowe" czyli zmierzające do naszej powszechnej zgody na oganiczenie swobód obywatelskich pod pretekstem chronienia nas.

Zaledwie tylko ostatnie pół wieku to optymistycznie licząc wyginięcie ponad 60% gatunków zwierząt za sprawką naszych czynów. Dziś eksploatacja tych zwierząt na niewobrażalną skalę ich bólu i krwi. I planety. A wszystko to przy towarzyszącym temu cynicznym uśmiechu. I samozachwycie i głośnnym "boże blogosław ludzkość"

Rok 2020, nowoczesna rakieta do podróży kosmicznych wyniosła ludzi na stację kosmiczną, a w Polsce w centrum starego kontynentu rząd cywilizacji chrześcijańskiej zezwala na uboje rytualne, promuje myśliwych, chce zabijać całkowicie kolejne gatunki zwierząt. Chorni fabryki futrzarskie czyli promuje obdzieranie zwierząt ze skóry. Bez żadnej konieczności. Mamy przecież tesktylia. Czy naprawdę człowiekowi, który nazywa się uduchowionym i cywilizowanym przystoi nosić martwe zwierzę wokół szyi? Oto cywlizacja chrześcijańska.

Chcemy uchodzić za koronę stworzenia, za światłych i humanitarnych; za godne dzieci jakiegoś boga, a w laboratoriach zadajemy wyrachowany ból niewinnym, czującym istotom uznając to za moralne gdyż nasz gatunkowy egoizm tak twierdzi. Ten egoizm w zasadzie wynosi i utrzymuje urojenie religijne; bo sam ten egozim również jest urojony. I to wina religii bo przecież nikt inny oprócz boga nie mógł nam powiedzieć, że jesteśmy jego dziełem, że jesteśmy jedynie istotni, że zwierzeta mają sie nas bać (tak ogłasza bóg wszystkich trzech religii monoteistcyznych)

I przekonanie religijne nie pozwala nam zauważyć, że jesteśmy tylko prymitywnymi mordercami, niczym więcej. Że dla satysfakcji mordujemy inne istoty, nazywając się przy tym uduchowionym

Człowiek, który myśli samodzielnie i obserwuje wie, musi wiedzieć, że nie ma niczego co mogłoby świadczyć o naszym większym prawie moralnym do życia od innych stworzeń.

Okazuje się, że w jakiś dziwny sposób to co sprzyja ludzkości, nawet jeśli to sadyzm i holocaust zwierząt, jest moralne i właściwe. A etyka krzyczy nam w twarz; jeśli nauka nie może obejść się bez torturowania zwierząt, powinniśmy obejść się bez nauki! 

Ale my nie uznajemy etyki gdyż do niej nie dorośliśmy. Jesteśmy przerażonymi naszą miałkością w skali kosmosu (stąd bogowie i życie po smierci), zabobonnymi, najdzikszymi zwierzętami nie wartymi żadnej łaski. Podczas gdy mamy o sobie jak najlepsze mniemanie. Urojone jak i cały bóg.

Bóg jest moralnym szrotem ale wciąż chcemy aby był naszym bogiem i szafował na nas wyroki. Więc i my jesteśmy takim samym szrotem skoro pragniemy tej psychopatycznej tyranii.

Ale jesteśmy dziełem boga, które zarzynając na ołtarzu zwierzę w rytualnym uboju lub zadając mu ból w laboratorium albo w innych okolicznościach, prosi swego boga o zbawienie. I robiąc to dostanie je, gdyż religia wprost stwierdza, że zabijanie zwierząt to nie grzech, a bóg przecież nakazał ludziom czynić sobie ziemie poddaną. 

Jesteśmy zatem nieetyczni i niehumanitarni ale za to boscy. Więc nie liczy się to co czynimy lecz to w co wierzymy i z tego powodu czynimy.

Doskonale sobie przygotował ten potwór (bóg), swój twór aby również stał się potworem. By ludzie chcieli być potworami jakimi są wystarczy im powiedzieć, że mogą. I tą rolę wypełnia religia.

https://www.poganin.eu/antyteizm/wyzsze-chrzescija-stwohttps://www.poganin.eu/antyteizm/truciciele

 Religia. O co chodzi. (samego chrześcijaństwa jest ponad 40 rodzajów, odłamów nie zliczając już małych kościółków, sekt, etc) Przy czym każda z nich uważa, że ona jest tą właściwą a wszystkie inne religie się mylą i zaprzeczają ich religii. Chodzi o to, że ktoś twierdzi, iż jest bóg. Wiec mamy boga, pośrodku mamy kapłanów, którzy oferują usługi reprezentowania tego boga wobec najniższej grupy czyli wiernych. Przy okazji Ci kapłani również reprezentują wiernych przed tym bogiem i za określone kwoty załatwiają im na okrągło albo rozgrzeszenia czyli wybaczania lub usprawiedliwienia. Koniecznie oczywiście przed gniewnym bogiem bo przecież łagodny bóg i tak na końcu postąpiłby łagodnie. Najlepszy więc jest bóg gniewny, który w przypadku ludzi niewierzących bądź nie proszących o rozgrzeszenie czyli nie korzystających z usług kapłana wtrąci takiego gagatka do piekła na męki. A tego boi się każdy. (racjonalista)

Oczywiście w tym wszystkim właśnie chodzi tylko o to co nas spotka po śmierci. Więc jeśli skorzystasz z usług kapłana będziesz w raju miał to o czym marzysz, a jeśli nie to będziesz cierpiał.
I każdy wierny prześciga się w kolejce do łask boga, ale żaden nie zrozumie racjonalnie, że tu chodzi o kapłana.

 

   Dziś to istna walka Ryb z Wodnikiem. Istna walka przemijającego kultu wiary czyli "ja wierzę" z nastającą epoką światłej myśli czyli "ja wiem".

Czeka nas walka o nas samych i zbudowanie nowego świata. Bez wiary. Świata jako kreacji wyższej myśli, własnej wolnej woli rozumnego człowieka. Zrozumienia etyki i pojęcia jej znaczenia.

Chrześcijańska biblia nazywa to apokalipsą żle rozumiejąc słowo "eon" albo też celowo je fałszując dając wydżwięk, że koniec epoki ryb to dla religii istny koniec świata.

Pozwólny zatem z uśmiechem przebyć chrześcijanom i innym ludziom ksiąg religinych z tego świata do królestwa niebieskiego. Są tu zbyteczni więc tym bardziej powinni czuć się spełnieni idąc do swego wyczekiwanego nieba.

Gdy skończy się epoka religii i wierzący odejdą do swoich rajów, zacznie się epoka oświecenia. W chwilii terroru musimy tylko zrozumieć, że gdy podniosą na nas rękę - a podniosą - z poczuciem powinności odprawmy ich do ich nieba.

W epoce wodnika już ich tu nie chcemy. Zbyt dlugo, zbyt okropnie, zbyt obrzydliwie, zbyt podle tu z wami. Mieliście swoje dwadzieścia wieków z chrześcijaństwem i naście wieków z instytucją kościoła katolickiego; i spójrzcie dokąd nas to zaprowadziło. Odbieramy wam, waszą przemocową supremację.

Zbliża się wielka wojna. Zbliża się wielka obiecana przez orędowników bogów apokalipsa. Zbliżają się nasi wrogowie.

 Nie będzie już mówienia "nie możesz spać z kim chcesz bo ja jestem katolikiem i tak mówi mój bóg" Będzie jak być powinno gdy podejmując decyzję czy chcesz być katolikiem podejmiesz ją jedynie wobec siebie z zakazem mówienia innym jacy mają być ze względu na twoja religię. I będzie jak być powinno, że czlowiek religijny zostanie odizolowany od świata i społeczeństwa jako jego nawiększe zagrożenie. Na niespełna sześćiu tysiącach metrów kwadratowych skurwysyny. Bez słońca i ksieżyca, za wysokimi na 75 metrów murami. To przewiduje wasza Apokalipsa Jana.

Bóg umrze i umrze wyobrażenie o wszechmocnej tyranii.

Wodnik to nieposłuszeństwo, anarchia i rewoloucja wobec boga. I wobec niskiego mentalnie człowieka, który woli boga od życia innych ludzi i zwierząt. Musi nadejść nadczłowiek gdyż człowiek jest tym co trzeba przezwycieżyć.

Oznacza on zmierzch bogów, guru i kapłanów. Chodzi o to, żeby samemu osiągnąć mistrzostwo, korzystać z tej boskiej energii, jaka jest wszędzie dostępna. Zgodnie z prawdą mędrców i wnioskowania; Bóg jest to bezosobowa zasada kierownicza, a jednocześnie inteligencja uniwersalna, która może przejawić się w nadczłowieku.

Nadchodzi Wodnik; nie będzie już uprzywilejowanych i wywyższonych swoja religią. Wszyscy będziemy musieli zrozumieć, że jesteśmy pasażerami statku kosmicznego zwanego ziemią. Przeminie mistyczna elita w królestwie bożym.

Bogowie nie ewoluują, stoją w sprzeczności z naszym rozwojem i zakazują go nam mówiąc o nie sprzeciwianiu się planowi boskiemu. A my chcemy sie trzymać tego żenującego, niegodnego myśli i duszy ludzkiej, krwiożerczego planu. Bo jesteśmy mentalnym gównem nie zasługujacym na nic oprócz klęczenia przed gównianym bogiem.

Jeśli więc nie oderwiemy sie od religii i nie zaczniemy ewoluować będziemy na wieki tylko tym czym jesteśmy od wieków; zgubą świata, dręczycielem życia. Niepohamowaną, żarłoczną i sadystyczną bestią.

Od zarania dziejów opowiadane są nam baśnie i przypowieści. Póżniej nauczamy się je utrwalać na piśmie, a następnie ewoluuje to do pliku dżwiękowego i wizualnego. Dziś czerpiemy z tego z podnieceniem gdy ziemscy bohaterowie ida na wojnę ze złem.

W obszernej ilości tych historii pojawiają się tak zwane siły mroku. Bohatersko wobec nich występujemy jako ludzie w tych snutych przez nas opowiadaniach. Opowiadaniach wywyższających ludzkość.

Rosłem na baśniach, wszelkaich baśniach i historiach. Teraz już nie jestem dzieckiem ale ani razu przez swoje życie nie widziałem wyimaginowanych sił mroku, z którymi "wspaniały" człowiek musi się zetrzeć w majestatycznej walce.

Nie widzialem potworów, demonów, duchów, skrzatów, wszelakich diabłów.

Nie znaczy to jednak, że nie spotkałem zła. Ależ spotkałem, je. I co gorsza spotykam każdego dnia.

To człowiek. To człowiek jest tą mroczną siłą, której trzeba stawić opór i pokonać.

Człowiek jest kosmiczną siłą mroku. Ratuje nas tylko to, że człowiek człowiekowi nie jest równy. Dlatego nieliczni z jego gatunku mogą wynieść się poza człowieka ku nadczłowiekowi i walczyć z tą ludzką mroczną siłą.

To jedyna legenda odnośnie sił mroku jaką powinniśmy uczyć następne pokolenia. Nie tworzyć im potworów do zabicia aby wywyższyć w sobie wyimaginowane dobro. Wszystko co musimy zrobić to spojrzeć prawdzie w oczy i głośno ją o sobie opowiadać aby wiedzieć skąd przychodzimy, co czynimy i dokąd nas to prowadzi. To jedyna historia jaką powinniśmy teraz snuć. Nasze dzieci i ich dzieci muszą wiedzieć, że na ziemi żyje tylko jeden potwór; człowiek.

Aby wiedzieć, że spalone palnikiem stworzenie to nie czyn diabła, demona w nas, nieopamietania lecz nas samych. Naszej, suwerennej, ludzkiej decyzji. Naszych działań.

Więc jeśli chcemy pokonać mrok to musimy wystąpić przeciw ludziom; jak mawiał bohater słowiańskiej opowieści - zabijać potwory, a jedyne znane mi potwory to ludzie.

W Apokalipsie wierzący wydadzą nam wojnę i będą walczyć w bojaźni przed bogiem. Ponownie chodzi o prześladowanie i wybicie pogan czyli wszystkich, którzy nie wierzą w boga jahwe. I wciąż chodzi o skarby jakie zdołają zrabować.

Ale przegrają w mniemaniu iż zwyciężą.
Zostaną odizolowani w mieście o długości i szerokości 75 metrów więc na obszarze 5625 metrów kwadratowych nad którym nie świeci słońce i nie widać nieba. I będą dumni z bycia oznakowanym i sługą swego boga.

I do tego dąży wielka obietnica boga. Do obozu koncentracyjnego.
To jest wasze królestwo po wielkiim boskim "zwycięstwie" w Apokalipsie.

 

Tysiące stron niejakiej biblii czyli najważniejszej księgi chrześcijan i tysiące tychże stron "mądrości" boga, proroków, apostołów i mesjasza prowadzą do jednej i lakonicznej konkluzji.
Już na samym początku najwyższy skazuje nas na banicję i zamyka ogród eden stawiając na straży uzbrojonych Cherubów. Później złorzeczy ludzkości, topi ją, morduje ponownie, czyni holocaust zwierzętom, wybiera sobie złodziejskie i niewdzięczne wobec swych wybawców Egipcjan plemię i nakazuje im maszerować aby podbić Palestynę. Po drodze wybijając i niewoląc wszystkich na swej drodze. Tego chce najwyższy.
Następnie daje ludzkości swego niejakiego syna, którego składa na ofiarę samemu sobie abyśmy mogli dzięki temu przez niego - o ile będziemy przed nim klękać - dostać się do królestwa niebieskiego.

I to ma być wielka nagroda aby żyć wiecznie w miejscu bez zwierząt, wśród degneratów chrzescijańskich jacy uczynili najwięcej zła w historii ludzkości. I wśród każdego zwyrola, który przed zakończeniem swego zbrodniczego życia się wyspowiadał i przyjał hostię.
Na końcu jednak tej całej wielkiej księgi oznajmia nam, że wyda wojnę światu, a w konsekwencji zamknie swoich popleczników w bunkrze na powierzchni nie większej niż 6 tysięcy metrów kwadratowych.
I nazwie to wielkim zwycięstwem nad siłami zła nie pozwalając swoim wiernym zrozumieć, że to on jest największym złem.

Chrześcijanie, Wasza obietnica nie ma dla mnie sensu i wartości. Nie spełnia nawet minimum mych oczekiwań.

Kilka dni temu upadł niemal wieczny symbol Kolumba, strącony przez Indian. Świat coraz bardziej występuje przeciw systemowi. Uwarunkowani kulturowo mówią, że system pada ale to nie jest prawda. Ten system był po prostu już systemem upadku.
Za kilka lat czeka nas przełom ale ten przełom nie dokona się bez wielkiej walki ludzi występujących o wolność przeciw ludziom chcącym tkwić w zabobonach i rytuałach; chcącym wciąż tego samego co trwa od wieków. Ale przegrają i o tym mówi między innymi apokalipsa.

    Jak się broni wiary? No przecież nie jej wartością gdyż ona nie żadnej wartości i niczego do zaoferowania oprócz wiary w urojenie. I nie argumentami gdyż takimi nie dysponuje.

Broni się ją wymuszaniem współczucia; jest biedna i prześladowana (co jest bujdą ale według oświadczeń Ministerstwa Sprawiedliwości ponoć katolicy są najbardziej prześladowaną grupą w Polsce. Tak, jeśli parsknałeś ze śmiechu to dobrze zrobileś) Tak samo jak biedny i prześladowany był ich wywyższony bóg (co było bujdą)
Chrześcijaństwo uwielbia wywolywać poczucie winy i trafiać w potrzeby niskich ludzi. Jak współczujesz to tracisz siłę, wywyższasz ofiarę, idealizujesz ją, przeżywasz swoisty melodramat, a to jedno z ludzkich pragnień.
I łączysz się w wyimaginowanym bólu, bo to według człowieka o niskich potrzebach, uszalachetnia go i czyni lepszym. I bierzesz tą wiare jako coś co czyni z ciebie „anglika z pociętą twarzą"
Zapominając, że ewangelia niskich, czyni niskimi.

No i przede wszystkim powołuje się do życia pewien absurd "uczucia religijne" ale o tym już wspomniałem w tekście.

    Wmawia się Polakom, że kościół katolicki przysłużył się Polsce. Wspomnę tylko o tym, że przyczynił sie do każdego rozbioru Polski. Ponadto Kościół katolicki „zasłużył" się dla Polski w 1596 r., zawiązując unię brzeską. Unia ostatecznie zburzyła w Rzeczypospolitej pokój religijny, który był podstawą jej potęgi. Gwarantowała go konfederacja warszawska, uchwalona przez sejm w 1573 r. Ten pokój religijny był solą w oku Kościoła katolickiego, gdyż zbory protestanckie rozwijały się o wiele prężniej niż katolickie parafie. Toteż biskupi na synodzie w Piotrkowie w 1577 r. rzucili na akt konfederacji klątwę. Papież potwierdził tę klątwę bullą z 1578 r.

Konfederacja warszawska, akt bezprzykładnej tolerancji religijnej w ówczesnej Europie, został przez UNESCO wciągnięty na listę Pamięć Świata. Tomasz Jefferson przyznawał, że pisząc konstytucję amerykańską, wzorował się na konfederacji warszawskiej.

Smaczku temu dodaje, że jest to akt przez Kościół nadal wyklęty, co daje obraz „tolerancyjnego i miłosiernego" Kościoła.

(https://www.poganin.eu/antyteizm/ciag-krotkich-mysli/anegdoty/mysl-481)

 

Religia zdołała skutecznie przekonać ludzi, że jest sobie pewien niewidzialny człowiek — gdzieś tam w niebie — który
pilnie baczy na wszystko, co robisz, i obserwuje cię każdej minuty i każdego dnia. Ów niewidzialny człowiek ma specjalną listę,
na której jest wypisanych dziesięć rzeczy, których on nie chce, żebyś robił. A jeśli zrobisz którąś z tych rzeczy, to ma także
specjalne miejsce, pełne dymu i ognia i płomieni i tortur i męczarni, gdzie wyśle cię, byś trwał tam i cierpiał i smażył się, i
krztusił, i męczył aż po wieczność... Ale ten człowiek cię kocha! George Carlin

 Musimy zrozumieć wreszcie, że Państwo nie może być rządzone zgodnie z doktryną religijną gdyż nic się nie zmieni. Nie jesteśmy w stanie społecznie w tym ewoluować gdyż religia z zasady jest przeciw zmianom. Wszak bóg ustalił wszystko i nie można tego zmieniać. To głosi religia.

I w 2020 roku mówi nam się, że nad etyką wyższe jest prawo kmiota z pustynii, niejakiego Mojżesza uchwalone jakieś 3800 lat temu. Ani kroku naprzód. Nie możemy być człowiekiem współczesnym. Mamy być prymitywem z pustyni i nie pozwolić żyć czarownicy bądż zabijać homoseksualistów.

   Jeśli spojrzysz w niebo przez teleskop to zrozumiesz, że boga, który wchodził w jeden gatunek zwierząt nie posiadający zdolności mowy aby przemówić do innego gatunku, posiadającego zdolność mowy po prostu nie ma.

I być nie może. To skrajny wręcz absurd i zwyczajny idiotyzm. To po prostu nie jest do przyjęcia.

Wszechświat ma 13,8 miliarda lat. Ziemia około 4,2 miliarda lat. Gatunek ludzki datowany jest na 200 tysięcy lat.

Bóg jahwe ukazuje się w ognisku pewnemu mordercy na pustynii jakieś 3800 lat temu czyli lekko ponad 196 tysięcy lat jak już istnieje gatunek ludzki. Do tego czasu dokuczają mu drapieżniki, choroby, śmierć noworodków częstsza niż ich przeżycie. W zasadzie człowiek dożywal jakoś 30 roku życia; cudem.

Aż nagle po tych 196 tysiącach lat bóg stwierdza, że się nami zajmie, po tym jak jego dzieło stworzenia (wszak jest stwórcą wszechrzeczy) trwa już 13, 8 miliarda lat, a padół dla naszych stóp ulepił ponad 4 miliardy lat temu.
Czy on spał? Czy tak długo myślał? Czy przyglądał się jak jego dzieło truchleje w jaskini i ze znanym sobie zamiłowaniem do sadyzmu czerpał z tego przyjemność. A przez niemal 14 miliardów lat był w innej części wszechświata, degenerując inna planetę?


Jest zatem niedopuszczalne dla choćby zasadniczego wręcz myślenia, że w tak nieograniczonym wszechświecie jego boski konstruktor zajmuje się tym aby nakazać zabić czlowieka za zbieranie drewna w szabat na malutkiej planecie w malutkim układzie gwiezdnym, we wcale nie największej galaktyce; jednej z miliardów.

W dodatku ten niezwykły konstruktor stwarza wszechświat, który zdominowany jest przez dwa pierwiastki; najlżejsze i najprostsze- wodór oraz hel jakie stanowią 98% materii wszechświata.
Nas natomiast stwarza w zasadzie z węgla i uzależnia od tlenu, czyli dwóch pierwiastków których razem z żelazem i resztą pierwiastków jest mniej niż 2%

Można z właściwą dla chrześcijan arogancją stwierdzić, iż to dlatego, że bóg uczynił człowieka szlachetnym (szkoda, że nie można wywnioskować tego po czynach ludzkich)

Mnie bardziej ciekawi to przeolbrzymie martotrastwo przestrzenii i zasobów skoro bóg mimo tego ogromu wszechświata jasno stwierdza, że jest bogiem tylko wybranego narodu Izraela (tak, Polacy katolicy, tak właśnie stwierdza w wielu miejscach waszej świętej księgi), a do którego najbardziej roszczą sobie prawo chrześcijanie jako Ci dla których śmierć na krzyżu lokalnego terrorysty była boskim dziełem dzieciobójstwa. (https://www.poganin.eu/antyteizm/jezus-chrystus-czyli-mitra)

Więc zdecydowanie zgadzam się z doktorem Lawrencem Kraussem: zapomnij o jezusie, to gwiazdy umierały abyś ty mógł się narodzić.

 Ponadto sam konstrukt naszego świata (jako dzieła genialnego konstruktora) i jego kondycja świadczy o nim gorzej niż jakikolwiek ateista mógłby wypowiedzieć. I o jego wyznawcy.

Bo gdyby to jak skonstruowany jest świat rzeczywiście wymyślił jakiś bóg, który jako istota najwyższa, najbardziej moralna, przykładna, godna szacunku i wielbienia właśnie tak by chciał. Gdyby ten świat taki jaki jest, w którym jedno w męczarniach zjada drugie, a najbardziej rozwinięty technologicznie gatunek czyni zbędny sadyzm i odnajduje w tym przyjemność, okazał się rzeczywiście dziełem wielkiego kreatora to oznaczaloby tylko, że bóg jest nieskończoną nikczemnością i nie ma dla nas ratunku.

Nie jest możliwym aby istota zdolna kreować wszechświat była tak niskich standardów moralnych. To zwyczajnie nie ma sensu i nie jest zgodne z wolą tworzenia. I uniwesralną kosmiczną etyką.

W dodatku ta istota tworzy miliardy galaktyk, gwiazd i planet ale najbardziej ją wkurza to, że na planecie ziemia ludzie się onanizują.

Kreowanie sobie tak marnego boga jest niegodne myśli i imaginacji ludzkiej.

 

Ludzie nie potrzebują zbawienia. Potrzebują jedynie aby zaczęli być po prostu ludzcy. Już czas pożegnać się z bezwartościowymi bogami i zrozumieć, że wiara pochodzenia od potwornego boga prowadzi w konsekwencji do potwornego człowieka.

Nietzsche wiedział, że większość istniejacych kultur jedynie odwraca nas od prawdy. Dlatego religie, tradycje i obrzędy wypracowały sobie na przestrzenii wieków swoiste tabu aby o nich nie mówić, aby się im nie przyglądać. 

Świętość w chrześcijaństwie to zabiedzone ciało i dusza. Dzień dzisiejszy to jej wynik. Stan ludzkiej świadomości i zło świata to jej wynik. Świętość, która sama jest tylko szeregiem przejawów zabiedzonego, wyczerpanego nerwowo, nieuleczalnie zepsutego ciała i umysłu. Musicie zdać sobie sprawę z tej ułomności, na która teraz cierpi społeczeństwo w wyniku niszczenia ducha człowieka przez dwadzieścia wieków.

Wypełniliście już jako chrześcijanie, jako kapłani tej doktryny i jako wierni tej doktryny karty historii aż nadto. Pora sprawić abyście nie mogli już nic na tych kartach więcej napisać. Dla dobra całego świata.

Kościół chrześcijański jest dla mnie najwyższym, jakie sobie można wyobrazić, zepsuciem. Jego wola dążyła do ostatecznego, czy choćby tylko do możliwego, zepsucia. Kościół chrześcijański niczemu nie oszczędził swego zepsucia, z wszelkiej wartości uczynił bezwartość, z wszelkiej prawdy kłamstwo, z wszelkiej prawości nikczemność duszy.

Historia aż dudni zbrodniczością kościoła.
I to robili między innymi tacy ludzie jacy nas otaczają jako Ci umiarkowani katolicy. Na apel tych, którzy tak gorliwie dziś wskazują nam wroga (na apel kościoła katolickiego) jaki- gdy rząd przejmuje tą retorykę -usuwa się w cień. Wszak kapłan nigdy nie szedł walczyć; wskazywał tylko palcem.

To właśnie ci, którzy cieprią na zaburzenie poznawcze jakim jest religia i kipią nienawiścią wobec wszystkich innych, zgodnie z wolą ich boga są zagrożeniem dla społeczeństwa. Jeśli nie uznamy religii za to czym jest czyli za terroryzm i nie zaczniemy edukować społeczeństwa odrywając je od zabobonów, społeczeńswo nigdy nie będzie zdrowe. Człowiek nigdy nie będzie zdrowy. Nigdy nie stanie się oświecony, nigdy nie stanie się etyczny, humanitarny. Nie stanie się nadczlowiekiem do jakiego winien dążyć. Człowiek (co widać nad wyraz) jest tym co trzeba przezwiciężyć.

Oto drogowskaz moralny wierzących, jacy chcą narzucać nam swoją wolę; 
"Ja dałem rozkaz moim poświęconym; z powodu mego gniewu zwołałem moich wojowników,(...) Pan i narzędzia Jego gniewu, aby spustoszyć całą ziemię.(...) Uczynię człowieka rzadszym niż najczystsze złoto, i śmiertelnika - droższym niż złoto z Ofiru. (...) Każdy odszukany będzie przebity, każdy złapany polegnie od miecza. Dzieci ich będą roztrzaskane w ich oczach, ich domy będą splądrowane, a żony - zgwałcone. Oto Ja pobudzam przeciw nim Medów, którzy nie cenią sobie srebra ani w złocie się nie kochają. Wszyscy chłopcy będą roztrzaskani, dziewczynki zmiażdżone. Nad noworodkami się nie ulitują, ich oko nie przepuści także niemowlętom." (Izajasza, rozdzial 13)

Dziś w Polsce wszystko niemal obraża religię, a jej obrażać przecież nie można. Nikt natomiast z rządu (działajacego przecież na rzecz obywateli i państwa prawa - tak być powinno) nie podnosi rabanu gdy w myśl dogmatów i urojeń religijnych obrażani są wszyscy inni, którzy tego nie wyznają. Obrażani, szykanowani, prześladowani, dręczeni prawnikami organizacji religijnej Ordo Luris. Skazywani na areszt za coś co w ludzkim umyśle nie powinno mieć miejsca; za blużnierstwo.

Dlatego też w sejmie marionetka pisu, marszałek witek pod obrady bierze tego typu brednie katolickiego lobby: 
Kto w dniu 31 października danego roku kalendarzowego przebiera się za straszną postać, w szczególności za kościotrupa, czarownicę, wampira, diabła lub inną kojarzącą się z piekłem istotę, podlega karze ograniczenia wolności lub aresztu na okres nie krótszy od 15 dni."

I tak w myśl państwa prawa, w XXI wieku dziecko w wieku 18 lat pójdzie do więzienia tylko dlatego, że przebrało się za czarownicę dla zabawy. To obraża chrześcijan. Ich obraża wszystko. Nie są zdolni do żadnej wzniosłej myśli, aprobaty i symbiozy.

Chcą nas prześladować, karać, wytrącać z praw społecznych; chcą nami rządzić i pokazywać co mamy robić. Wszak doktryna chrześcijańska jest doktryną najbardziej opresyjną. Wynikłą narodowo z powodu zgody i pochwalania niewolnictwa i tworząca opresyjny charakter człowieka. Najchętniej to by nas zabili albo zniewolili; tym właściwie stoi ich cała święta ksiega.

Zatem na koniec powiem to co mówiłem na początku. Żyjemy w epoce ryb. W epoce oszustw; dotyczy to banków, rzadów, edukacji, religii, żywności, a nawet sportu. Epoka ryb to degenerująca ludzkość epoka wiary i deprecjonowania tu i teraz na rzecz tam i póżniej.

Aby to pojąć wystarczy przyjrzeć się działalności ludzkiej na przestrzenii choćby ostatnich wieków. Wieków po tym gdy najwyższy bóg poświęcił za nas swego syna aby było nam lepiej.

O dziwo od tamtego czasu jest gorzej niż było kiedykolwiek. Ale przecież kapłan nam wmawia, że jest lepiej. (jemu jest) Kapłan i wszelkie lobby powiązane z nim gdzie najważniejsza jest wladza i pieniądz (jak i dla kapłana)

Zostaliśmy okłamani w każdej spawie, a rolą religii jest utrzymywać nas w tym kłamstwie wmawiając nam, że to jedyna prawda, a jeśli jej nie wyznajesz to jesteś blużniercą więc wrogiem boga. Skoro jesteś wrogiem boga to i jesteś wrogiem religijnego narodu.

Nie możesz też wątpić i pytać; masz wyznawać dogmaty. Wszak rozumowanie w religii jest grzechem i niebezpieczeństwem. O tym też Cię okłamali więc jesteś głupcem chcąc być wierzącym.

Powtórzę zatem.

Religia jest tak absurdalna, nielogiczna i amoralna, iż nie jest w stanie obronić się przed krytyką; stwarza zatem w społeczeństwie pojęcie „uczuć" religijnych jako czegoś nadrzędnego nad wszystkim, a czego z jakiegoś dziwnego powodu obrażać nie wolno. Powstaje zatem swoiste tabu, którego nie należy ruszać.
Tak się broni religia przed krytyką. To jej jedyna możliwość aby jej nie zdemaskować; zakaz jej krytykowania

Nie dośc tego; okazuje się, że można obrażać innych, straszyć ich, prześladować, bić, szykanować, doprowadzać do depresji i samobójstwa - gwałcić, a nawet ich zabijać - ale nie można obrażać uczuć ludzi z zaburzeniem poznawczym. Nie można obrażać czyjegoś urojenia, które jest wynikiem zaburzenia.

Równie dobrze skoro ideologia ma być uprzywilejowana w kontekscie zakazu jej definiowania, to nie powinniśmy mówić o faszyżmie, który bez wątpienia był ideą olbrzymiej opresji i zła na świecie. Jakkolwiek jednak na to nie spojrzeć chrześcijanie w myśl swej idei biją faszyzm zarowno doktrynowo jak i zbrodniczo na głowę.

To chrześcijaństwo jest liderem w ilości popelnionych zbrodni w dziejach ludzkości. To są fakty historyczne. Faszyzm hitlerowski nie uczynił nawet ułamka tego co chrześcijański ale to faszyzm hitlerowski jest zły (i slusznie) ale juz faszyzm chrześcijański nie jest zły. Zadziwiające dlaczego.

Takich przywilejów nie dostają uczucia laickie, takich przywilejów nie dostają na ten przykład ateiści. W myśl idei calej tej religii, której obrażać nie można, ateistów nie tylko można obrażać przez nią ale i trzeba.

Więc kapłani szafują osądy, że ateiści są jak bezrozumne zwierzęta, że są żli, obrzydliwi, niegodni życia i straszą nas swoim piekłem. (zastanawiam sie też czy jakokolwiek twierdzący tak kapłan głaskał kiedyś zwierzę)

Wspomnę tylko tutaj, że to człowiek i tylko czlowiek potrafi spaść niżej od zwierzęcia. Z prostego powodu. Zwierzęta zabijają gdyż taka jest ich natura i z koniecznych potrzeb. Człowiek czyni to nie musząc tego robić. Czyni to ze świadomego wyboru.(https://www.poganin.eu/antyteizm/truciciele)

I to przystoi kapłanom i wierzącym w myśl dziwnego konstruktu supremacji religii i to im wolno. Nikt z Ministerstwa Sprawiedliwości (które bardzo chętnie czepia się w Polsce wszystkich jacy powiedzą cokolwiek złego o katolikach) nie reaguje jakoby obrazili uczucia ateistów. Tak jak nikt nie przejmuje sie uczuciami obywateli lgbt, które obraża kościół katolicki czy faszyzujący rząd.

Wychodzi na to, że ateiści według chrześcijańskiej cywilizacji nie mają uczuć. Uczucia mają tylko Ci, którzy w myśl 613 przepisów jakie daje bóg, chcą mordować homoseksualistów, ludzi zbierajacych drewno w szabat, kobiety które nie okazały się dziewicami, krnąbrne dziecko. Ucinać rękę kobiety, która przypadkowo dotknęła mężczyzny intymnie, truć w imieniu weryfikacji wierności. Niewolić ludzi i katować niewolników. Gwałcić dzieci poniżej 12 roku życia, gdyż to najsmakowitszy kąsek dla zwyroli religijnych. (https://www.poganin.eu/antyteizm/wartoc59bc)

Ci ludzie jacy uznają to za moralne mają uczucia. Ba, ich uczucia się po prostu liczą.

Ludzie którzy wszelkich degeneratów jak Mojżesz, Abraham, Lot uważają za wielkich ojców i porroków religii. Którzy wielbią świętych katolickich jacy najczęsciej mordowali innych, prześladowali czy krzywdzili bądż handlowali dziećmi jak matka teresa. I Ci ludzie, którym idolują religijni degeneraci mają uczucia, których obrażać nie wolno. Wszelcy inni natomiast jakieś tam uczucia mają ale można je obrażać bo ich uczucia sie nie liczą. Nie tylko można ale każdy chrześcijanin uzna to za jego powinność wynikajacą z nakazów boga i słów kapłana.

I na to jest zgoda administarcji państwa. Urojenie i zabobon może szafować na nas wyroki i nas krzywdzić. W XXI wieku.

I w świetle tego konstruktu przyjmuje się powszechnie, że osoby kierujące się rozumem zamiast zabobonem są osobami gorszej kategorii.

I w wyniku "prawdy" spisanej przez mordercę na pustynii z morderczym bogiem należy tych ludzi prześladować. 

https://www.poganin.eu/antyteizm/cywilizacja-zla,

https://www.poganin.eu/antyteizm/ciag-krotkich-mysli/obce-artykuly/skrajne-zlo

Zaloguj się